- Stary, jest teraz pierwsza z kawałkiem. W domu będziemy gdzieś o pierwszej trzydzieści, no z kawałkiem. Siadamy i piszemy, ja swoje, a ty swoje.
- No dobra, tylko, że ja nie mam tutaj mikrofonu.
- To nic, piszesz i robisz magika. Zadzwonisz do mnie i mi to polecisz.
- Ok.
Utarło się gdzieś w ułomnych słownikach ludzkich stwierdzenie, że kobiety pragną bardziej. Niezatarty przez dzieje stereotyp złego, okrutnika jako mężczyzny w kontraście z nieskazitelną niewiastą. I tak od wieków stajemy w szranki z tym zaśniedziałym poglądem, musząc udowadniać, że tak nie jest. Wymaga się od nas wiele, rzadko doceniając tak naprawdę za cokolwiek. Nikt nie podaje wytycznych chłopcu do tego, w jaki sposób powinien dorosnąć. Odczuwa on jedynie piętno oczekiwań, a przed sobą widzi krętą, pełną trudu, niezrozumiałą ścieżkę. I to właśnie przeprawa przez nią, czyni go mężczyzną.
Mroczna gęstwina krępowała ruchy niewielkich nóżek chłopczyka w piżamie w dinozaury. Głód wraz z wyziębieniem walczyły o miano bardziej doskwierającego. Można by pomyśleć, że po pewnym czasie człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do przerażenia, przemóc je. Nic bardziej mylnego. Zakorzenione w psychice uczucie strachu jest jak trucizna, której nie sposób wyplenić z organizmu.
Błądzące po omacku drobne rączki starały się odgarniać chaszcze na boki, chociażby w minimalny sposób ułatwiając przeprawę. Wysokie trawy podnosiły się natychmiastowo po przydeptaniu przez bose stópki, boleśnie dezorientując. Ostre źdźbła haratały powierzchnie dłoni, nie pozwalając wcześniejszym ranom się zasklepić. Niewidzące oczy już dawno zapomniały o rarytasie, jakim jest światło. Odór gwałcący nozdrza nie ustępował ani na moment. Nagle na bębenki uszu natarł przeraźliwy skowyt.
Chłopięce ciało zdrętwiało. Każde włókno mięśni zastygło w bezruchu. Oddech ugrzązł w płucach, nie chcąc chociażby na chwilę zdradzić swojej obecności. Panika chwyciła żołądek w mocny uścisk, puszczając w niepamięć uczucie głodu. Tkwił tak w nasłuchiwaniu, które zdawało się być wiecznością. Jednak to, czego się tak lękał nie nadchodziło. Cisza była obrzydliwą torturą. Napięcie wywoływało chęć wymiotów. Po chwili, która równie dobrze mogła być godziną, chłopiec pozwolił sobie na wydech i rozluźnienie. Padł na kolana, zaskoczony tym, jak ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Wiedział jednak, że odpoczynek był luksusem, na który nie mógł sobie pozwolić. Wstał, po czym zaczął iść dalej.
W drodze poprzez bezkres nie widać żadnego światełka, zwiastującego koniec podróży. Nie ma namacalnego celu, do którego można dążyć. Próżno też szukać drogowskazów czy wytycznych. Jedynym kompasem jest intuicja, której igła bywa omylna. Musimy wierzyć w słuszność podejmowanych wyborów, choć wiele z nich jest fotografiami, na wywołanie których możemy czekać nawet latami. Cóż jednak poradzić? Niektóre drogi nie posiadają skrótów.
We wszystkim tkwi jakaś historia. Postaram się dotrzeć do niektórych z nich, czasem bardziej sukcesywnie, czasem mniej. Mam natomiast nadzieję, że konsekwentnie. Czego możecie się tutaj spodziewać? Powiem wam szczerze, że sam jeszcze nie wiem.
poniedziałek, 19 maja 2014
niedziela, 18 maja 2014
Narodziny burzy
Jesteś wolny, ale wolność to nie zawsze brak bólu,
Czasem brak bólu ciągnie nas w dół, do ogółu.
Nie wiem, kurwa, w których wierzysz królów,
Czy masz swój gust, czy Twój gust to ślad czyichś butów.
Nawiń na szpulę nić swych myśli. Skrupulatnie i ostrożnie, tak aby się nie przerwała. Następnie powstałą przędzę przelej do szklanki, nie przejmując się, że to niemożliwe. Płyn wlej delikatnie do doniczki. Obserwuj, jak ku górze pną się w zawrotnym tempie niewielkie łodyżki kabli. Jak z pąków wykwitają małe żaróweczki. Wykręć je z gwintów i zamocuj w suficie. Spójrz jak rozlśniewają. Twój własny, tętniący życiem, gwiazdozbiór pomysłów. Przyjrzyj się biciu serc tych malutkich słońc. I poczekaj aż, któreś zapikuje.
Końcówki ognistych włosów zajęły się czernią. Zbity niczym pocisk nie brał niczego za przeszkodę. Spopielając wszystko, co stanęło mu na drodze, parł naprzód. Przed jego oczami migały klatki obrazów, składających się na kolejne dni. Krajobrazy monotonii, smutku, radości, absurdu i groteski. Żalu i wściekłości, zawodów i marzeń. Snów i pragnień. Leciał jak torpeda, coraz niżej. Już widać chmury. I coraz goręcej. Coraz ogniściej. Eksplozja.
Wszyscy podnieśli głowy w stronę nieba. Każda pojedyncza dusza obserwowała jak z popielnego deszczu rozpościera swe skrzydła gorejący feniks. Pomimo oślepiającego blasku, nikt nie był w stanie odwrócić wzroku. Stali zauroczeni jego majestatem. Topiące powietrze pióra były dla nich siłą i wolnością. Drobiny popiołu sklejały rzęsy gapiów, bieliły im czupryny. Ognisty bóg zataczał nad nimi koła, głosząc niemą nowinę swojego powrotu. Zamykał usta niedowiarkom, otwierał oczy ślepcom. Podniebne odrodzenie nadziei.
Niektórzy twierdzą, że taki proces śmiało można zmieścić w trzech dniach. Ptaki jednak nigdy nie należały do specjalnie nadgorliwych istot. Szczególnie te ognistowłose, nie sposób przewidzieć ścieżki, którą podążą. Lubią delektować się każdą sekundą swojego lotu. Gromadzić przemyślenia oraz kąpać w nich swe skrzydła. Ich flegmatyzm jednak, jest swoistym preludium, obiecującym odpowiedni zryw, gdy przyjdzie na niego pora. One same nie zaprzątają sobie głowy planami, miłują się bowiem w zaskakiwaniu samych siebie. Cechuje je wytrwałość, nawet pomimo licznych zboczeń z trasy. Nie zwykły ustępować.
Żadna blizna pod moimi skrzydłami nigdy nie zostanie zapomniana. Chciałbym uważać, że budują one po części mój charakter. Trudno nazwać go złożonym. Zgnieciony opisuje go o wiele lepiej, biorąc pod uwagę niezdarność rąk, które go kształtują. Taka moja kula z poplamionej atramentem kartki. Wielokrotnie rozwijana i zwijana, wystawiana na wszelakie próby, z których czas okazał się tą najbardziej wymagającą. Miejscami przypalona, gdzieniegdzie już przetarta, jednak wciąż o ostrych krańcach.
Kim jestem? Nazwij mnie siewcą wiatru, piewcą wolności. Patrz jak zbieram plony burzy. Nie zapominaj jednak, że jestem szaleńcem. Klucznikiem w banku odpowiedzi. Powiernikiem serca. Możesz nazwać mnie wieloma imionami, jeden jednak fakt pozostanie niezmienny. Spójrz do góry, już pada popiołem.
Czasem brak bólu ciągnie nas w dół, do ogółu.
Nie wiem, kurwa, w których wierzysz królów,
Czy masz swój gust, czy Twój gust to ślad czyichś butów.
Nawiń na szpulę nić swych myśli. Skrupulatnie i ostrożnie, tak aby się nie przerwała. Następnie powstałą przędzę przelej do szklanki, nie przejmując się, że to niemożliwe. Płyn wlej delikatnie do doniczki. Obserwuj, jak ku górze pną się w zawrotnym tempie niewielkie łodyżki kabli. Jak z pąków wykwitają małe żaróweczki. Wykręć je z gwintów i zamocuj w suficie. Spójrz jak rozlśniewają. Twój własny, tętniący życiem, gwiazdozbiór pomysłów. Przyjrzyj się biciu serc tych malutkich słońc. I poczekaj aż, któreś zapikuje.
Końcówki ognistych włosów zajęły się czernią. Zbity niczym pocisk nie brał niczego za przeszkodę. Spopielając wszystko, co stanęło mu na drodze, parł naprzód. Przed jego oczami migały klatki obrazów, składających się na kolejne dni. Krajobrazy monotonii, smutku, radości, absurdu i groteski. Żalu i wściekłości, zawodów i marzeń. Snów i pragnień. Leciał jak torpeda, coraz niżej. Już widać chmury. I coraz goręcej. Coraz ogniściej. Eksplozja.
Wszyscy podnieśli głowy w stronę nieba. Każda pojedyncza dusza obserwowała jak z popielnego deszczu rozpościera swe skrzydła gorejący feniks. Pomimo oślepiającego blasku, nikt nie był w stanie odwrócić wzroku. Stali zauroczeni jego majestatem. Topiące powietrze pióra były dla nich siłą i wolnością. Drobiny popiołu sklejały rzęsy gapiów, bieliły im czupryny. Ognisty bóg zataczał nad nimi koła, głosząc niemą nowinę swojego powrotu. Zamykał usta niedowiarkom, otwierał oczy ślepcom. Podniebne odrodzenie nadziei.
Niektórzy twierdzą, że taki proces śmiało można zmieścić w trzech dniach. Ptaki jednak nigdy nie należały do specjalnie nadgorliwych istot. Szczególnie te ognistowłose, nie sposób przewidzieć ścieżki, którą podążą. Lubią delektować się każdą sekundą swojego lotu. Gromadzić przemyślenia oraz kąpać w nich swe skrzydła. Ich flegmatyzm jednak, jest swoistym preludium, obiecującym odpowiedni zryw, gdy przyjdzie na niego pora. One same nie zaprzątają sobie głowy planami, miłują się bowiem w zaskakiwaniu samych siebie. Cechuje je wytrwałość, nawet pomimo licznych zboczeń z trasy. Nie zwykły ustępować.
Żadna blizna pod moimi skrzydłami nigdy nie zostanie zapomniana. Chciałbym uważać, że budują one po części mój charakter. Trudno nazwać go złożonym. Zgnieciony opisuje go o wiele lepiej, biorąc pod uwagę niezdarność rąk, które go kształtują. Taka moja kula z poplamionej atramentem kartki. Wielokrotnie rozwijana i zwijana, wystawiana na wszelakie próby, z których czas okazał się tą najbardziej wymagającą. Miejscami przypalona, gdzieniegdzie już przetarta, jednak wciąż o ostrych krańcach.
Kim jestem? Nazwij mnie siewcą wiatru, piewcą wolności. Patrz jak zbieram plony burzy. Nie zapominaj jednak, że jestem szaleńcem. Klucznikiem w banku odpowiedzi. Powiernikiem serca. Możesz nazwać mnie wieloma imionami, jeden jednak fakt pozostanie niezmienny. Spójrz do góry, już pada popiołem.
Tagi:
burza,
feniks,
mapecie opowieści,
mapetowo,
narodziny,
odrodzenie,
ogień,
opowiadanie,
popiół,
ptak,
rover,
siewca wiatru,
sranie w banie,
wolność.
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)