- Plazma 2?
- Hahahahahaha.
- Dobra, sory, stary.
- Nie, nie przepraszaj. W żadnym wypadku.
- Serio?
- Tak. Zajebiście się cieszę, że znamy się na tyle długo, że mogłeś to powiedzieć.
Naprężam mięśnie, rozpędzam się... Jeb! Ściana. I nic nie spenetruje nieprzenikalnej zapory, która ściśle oplata moje sfery twórczości. Wena obiła mi ryj, wyczyściła portfel i zniknęła, tak, jak gdyby nigdy jej nie było. Mogę się starać, próbować, miotać się jak kuleczka w gwizdku, jednak nic z tego nie wyjdzie. Żadne ze spłodzonych przeze mnie zdań nie będzie tym jedynym. Słowa zgubią swój sens stojąc w niewłaściwym miejscu. Szukam natchnienia, lecz wszystko wydaje się miałkie i bezbarwne. A przecież tyle razy atakowało mnie szturmem. Desant ciężkich butów inspiracji wskakiwał mi na czaszkę, zalewając myślotokiem. Staram zgubić się w muzyce, odwzorować palcami kłótnię niskich tonów z wysokimi. Brak mi jednak środka, esencji. Utwory się kończą, a słów nie przybywa. Kolejne nuty znikają gdzieś w matni mojego własnego niezadowolenia. Lecz to wszystko to zbyt mało, by powstrzymać mnie od dalszych starań. Gdy ciężar niemożności spada na mnie z góry niczym grom, gruchocząc mi palce na krwawą miazgę, biorę długopis między zęby i piszę dalej. W głowie echem odbija mi się tekst Bisza: "Wciąż napierdalam syf na kartki jak Pollock, nie rozumieją mojej sztuki, niech się pierdolą". Mozolnie przebijam się przez czarną kurtynę twórczej blokady. Konsekwentnie uderzam w jeden punkt, starając się wykałaczką przeszyć betonowy mur. By w końcu dostrzec mały prześwit, delikatną perforację, w którą wbiję pięść, nie przyjmując do wiadomości własnych limitacji. Nieudolności, która uśmiecha się do mnie w paskudnie szydzący sposób. Nie wierzę w coś takiego jak talent, bo wszystko zaczyna się od refleksji i trudno przewidzieć gdzie skończy. Może się wdrapać na piedestał lub sczeznąć w śmietniku, tłamszona brakiem pewności siebie.
Coś chyba musi być ze mną nie tak, skoro nadal wierzę, że w końcu mi się uda. Szaleństwo nigdy jednak nie opuściło mojej głowy. Towarzyszy mi od momentu
rozpoczęcia dostrzegania pewnych rzeczy. Przeplata się pomiędzy każdą
moją myślą, czyniąc mnie niepewnym, a te myśli wyjątkowymi. W każdym z
nas drzemie doza szaleństwa, niektórzy po prostu dobrze ją ukrywają.
Inni natomiast otwarcie się z nią obnoszą i wydaje mi się, że to właśnie
ci mają moc motorową do napędzania świata. Do kreowania go pod ich
własne szaleństwo. Nauczyłem się żyć ze słodkim smakiem mojego obłędu. Z
jego ciepłymi objęciami. Nie umiem już chyba postrzegać rzeczy na
sposób zwyczajny i wcale mi tego nie brakuje. Pogodziłem się i polubiłem
moje zdziwaczenie. Zrozumiałem, że żadna linia nigdy nie będzie prostą,
a świat wręcz roi się od karykaturalnych spirali. Życie to w pewien sposób
niekończąca się droga donikąd.
Grechuta pytał: Jak usłyszeć siebie, pośród śpiewu tłumu? Odpowiedzią jest wygłuszenie się na każdy obcy dźwięk. Zamknięcie we własnej bezpiecznej otchłani i robienie swojego, bo kiedy każdy chce być kimś, mi wystarcza bycie sobą. A czy to jest artysta, grafoman, przyjaciel czy degenerat, to nie ma to już znaczenia. Odpalam papierosa kontynuując rozmowę sprzed ponad ośmiu miesięcy, która nie straciła nic ze swego uroku. Potęga tego zjawiska pokrzepia mnie, pozwalając przełknąć łatwiej gorycz momentu, w którym odpalam znicz. Skoro kostucha już teraz upomina się o niebieskich ludzików w białych czapkach, ile czasu minie zanim przyjdzie po pluszowe pacynki z przestarzałym dowcipem?
Dostrzegam wiązkę światełka zza czarnej ściany, a kącik moich ust mimowolnie się wykrzywia. Uwielbiam to uczucie, cóż mogę poradzić. Niezadowolonych odsyłam po wyjaśnienie do Bisza.
We wszystkim tkwi jakaś historia. Postaram się dotrzeć do niektórych z nich, czasem bardziej sukcesywnie, czasem mniej. Mam natomiast nadzieję, że konsekwentnie. Czego możecie się tutaj spodziewać? Powiem wam szczerze, że sam jeszcze nie wiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą serek. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 3 grudnia 2013
sobota, 19 stycznia 2013
Po prostu na ciebie czekam
- Obiecaj mi tylko jedną rzecz.
- Jaką?
- Że za te pół roku będziesz dokładnie taką osobą, jak jesteś teraz.
- Masz to jak w banku.
Cały dom wypełniały dźwięki muzyki. Nuty, niczym w kreskówce, unosiły się w powietrzu jakby były wycięte z papieru. Ósemki i szesnastki kotłowały się, wirując nad moją głową. Pozwalałem prowadzić się figlarnym trąbkom i perkusji, nieudolnie kopiując ruchy muzyków przed swoimi zamkniętymi oczami. Wszystkie części mojego ciała poruszały się, dyrygowane taktami, a serce biło w rytm muzyki. Był to tak cudowny poranek.
Moja, nieumyta jeszcze, skóra przypominała o lekkim chłodzie, formując się miejscami w gęsią skórkę, a żołądek szeptał głodem. Założył zatem szlafrok i zmierzyłem do kuchni. Śniadanie, szybki prysznic i przeradzam ten cudowny poranek w cudowny dzień. Przekroiłem bułkę na pół, starannie rozsmarowałem masło. Na przygotowanej połówce ułożyłem plasterek sera.
Gdy później starałem sobie przypomnieć od czego to wszystko się zaczęło, doszedłem do wniosku, że najpierw usłyszałem wyważane drzwi. To po nich do pokoju wpadł granat dymny, a następnie rozległ się huk wystrzału. Chyba, że to strzał był pierwszy? Nie pamiętałem. Pamiętałem natomiast dokładnie, jak zostałem obezwładniony na ziemię, dotyk kolana na swojej potylicy i zimno stali na nadgarstkach. Pamiętałem także, jak przyciśnięty do podłogi łypałem jednym okiem na to bezkarne zajście. Tłum czarnych postaci zalał mój dom niczym złowroga fala. W tle mogłem dostrzec zaledwie kontury dwóch osób, kobiety i mężczyzny, którzy najwyraźniej dowodzili resztą. Cienie nieprzyjaciół oblazły mnie oraz blat kuchenny niczym szarańcza. Widziałem, jak jeden z nich razi jaśniejszą od słońca wiązką paralizatora mój ukochany plasterek sera. Widziałem, jak zaraz po tym spływa na niego grad pięści i podeszw. Brak jakiegokolwiek miłosierdzia. Mój nieusłyszany krzyk. Potok łez na policzku. Czerwień powiek i ból duszy.
Kiedy zostałem wypuszczony, jakiś elegancko ubrany facecik, z zakolami po kark i absurdalnym krawatem, powiedział mi, że to dla jego dobra. Powiedział, że ser był już troszeczkę zeschnięty i ta sześciomiesięczna kuracja mu pomoże. Przez cały ten czas nie nazywał go jednak serem, plasterkiem czy też moim przyjacielem. Mówił o nim: podopieczny. Chociaż przez wzgardliwy wyraz jego twarzy, słowo brzmiało jak śmieć. Nazwałem go złodziejem i idiotą, po czym zarządałem wizytacji. Elegancik poradził mi jednak, żebym lepiej poszedł już do domu, bo mogę tylko sobie zaszkodzić.
Po powrocie dowiedziałem się, że mój plasterek został zamkniętym w jakimś zakładzie na drugim końcu kraju. Mogli to nazywać jak chcieli, dla mnie to wyglądało jak piekło, na które nie zasługiwał. Zakuli go w dyby razem z granatem, nożem i garotą. Razem z muchomorem i wilczą jagodą. Mój ukochany ser, zamknięty jak degenerat. Niesłusznie oskarżony za nieistniejące, rozdmuchane zbrodnie. Bez możliwości obrony czy jakiejkolwiek argumentacji. Kto teraz przyjdzie mu z pomocą? Kto tak naprawdę może? Kto spróbuje? Kogo to obejdzie?
Świat dawno przestał mieć sens. Wartości zostały wywrócone niczym ziarna piasku w klepsydrze. Człowiek stracił kontrolę nad swoim bestialstwem, rozsądek gubiąc po drodze. Bóg stał się nieznajomym w autobusie, starającym się po prostu trafić do domu. Życie nigdy jednak nie było proste, a dzieci nigdy nie rodziły się przygotowane. Trzeba się uczyć i adaptować, brać lekcję z błędów. Spoglądać na blizny jak na pamiątki z przygód, na całe życie. I mimo, że z mojego gardła jeszcze nie raz wyrwie się krzyk. Moje oczy nie raz zajmą się łzami i purpurą. A dusza nie raz zapiecze przypalana rozgrzanym węglem. Będę trwał. Liczył dni i trwał. Nie powiem ci tego w twarz, bo nasz uścisk powiedział wszystko. Po prostu na ciebie czekam, przyjacielu.
- Jaką?
- Że za te pół roku będziesz dokładnie taką osobą, jak jesteś teraz.
- Masz to jak w banku.
Cały dom wypełniały dźwięki muzyki. Nuty, niczym w kreskówce, unosiły się w powietrzu jakby były wycięte z papieru. Ósemki i szesnastki kotłowały się, wirując nad moją głową. Pozwalałem prowadzić się figlarnym trąbkom i perkusji, nieudolnie kopiując ruchy muzyków przed swoimi zamkniętymi oczami. Wszystkie części mojego ciała poruszały się, dyrygowane taktami, a serce biło w rytm muzyki. Był to tak cudowny poranek.
Moja, nieumyta jeszcze, skóra przypominała o lekkim chłodzie, formując się miejscami w gęsią skórkę, a żołądek szeptał głodem. Założył zatem szlafrok i zmierzyłem do kuchni. Śniadanie, szybki prysznic i przeradzam ten cudowny poranek w cudowny dzień. Przekroiłem bułkę na pół, starannie rozsmarowałem masło. Na przygotowanej połówce ułożyłem plasterek sera.
Gdy później starałem sobie przypomnieć od czego to wszystko się zaczęło, doszedłem do wniosku, że najpierw usłyszałem wyważane drzwi. To po nich do pokoju wpadł granat dymny, a następnie rozległ się huk wystrzału. Chyba, że to strzał był pierwszy? Nie pamiętałem. Pamiętałem natomiast dokładnie, jak zostałem obezwładniony na ziemię, dotyk kolana na swojej potylicy i zimno stali na nadgarstkach. Pamiętałem także, jak przyciśnięty do podłogi łypałem jednym okiem na to bezkarne zajście. Tłum czarnych postaci zalał mój dom niczym złowroga fala. W tle mogłem dostrzec zaledwie kontury dwóch osób, kobiety i mężczyzny, którzy najwyraźniej dowodzili resztą. Cienie nieprzyjaciół oblazły mnie oraz blat kuchenny niczym szarańcza. Widziałem, jak jeden z nich razi jaśniejszą od słońca wiązką paralizatora mój ukochany plasterek sera. Widziałem, jak zaraz po tym spływa na niego grad pięści i podeszw. Brak jakiegokolwiek miłosierdzia. Mój nieusłyszany krzyk. Potok łez na policzku. Czerwień powiek i ból duszy.
Kiedy zostałem wypuszczony, jakiś elegancko ubrany facecik, z zakolami po kark i absurdalnym krawatem, powiedział mi, że to dla jego dobra. Powiedział, że ser był już troszeczkę zeschnięty i ta sześciomiesięczna kuracja mu pomoże. Przez cały ten czas nie nazywał go jednak serem, plasterkiem czy też moim przyjacielem. Mówił o nim: podopieczny. Chociaż przez wzgardliwy wyraz jego twarzy, słowo brzmiało jak śmieć. Nazwałem go złodziejem i idiotą, po czym zarządałem wizytacji. Elegancik poradził mi jednak, żebym lepiej poszedł już do domu, bo mogę tylko sobie zaszkodzić.
Po powrocie dowiedziałem się, że mój plasterek został zamkniętym w jakimś zakładzie na drugim końcu kraju. Mogli to nazywać jak chcieli, dla mnie to wyglądało jak piekło, na które nie zasługiwał. Zakuli go w dyby razem z granatem, nożem i garotą. Razem z muchomorem i wilczą jagodą. Mój ukochany ser, zamknięty jak degenerat. Niesłusznie oskarżony za nieistniejące, rozdmuchane zbrodnie. Bez możliwości obrony czy jakiejkolwiek argumentacji. Kto teraz przyjdzie mu z pomocą? Kto tak naprawdę może? Kto spróbuje? Kogo to obejdzie?
Świat dawno przestał mieć sens. Wartości zostały wywrócone niczym ziarna piasku w klepsydrze. Człowiek stracił kontrolę nad swoim bestialstwem, rozsądek gubiąc po drodze. Bóg stał się nieznajomym w autobusie, starającym się po prostu trafić do domu. Życie nigdy jednak nie było proste, a dzieci nigdy nie rodziły się przygotowane. Trzeba się uczyć i adaptować, brać lekcję z błędów. Spoglądać na blizny jak na pamiątki z przygód, na całe życie. I mimo, że z mojego gardła jeszcze nie raz wyrwie się krzyk. Moje oczy nie raz zajmą się łzami i purpurą. A dusza nie raz zapiecze przypalana rozgrzanym węglem. Będę trwał. Liczył dni i trwał. Nie powiem ci tego w twarz, bo nasz uścisk powiedział wszystko. Po prostu na ciebie czekam, przyjacielu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)