środa, 15 stycznia 2014

Gdy płonie mały ognik, to nikt go nie gasi

- Widzisz, mam dwadzieścia lat, ciało pięćdziesięciolatka i umysł osiemdziesięcioletniego starca i chyba już nie mam czasu na przygody.
- Chyba masz, bo przygoda, którą dla nas szykuję jest raczej długodystansowa.




            Jej smak? Dla  mnie to jest ekstrakt marzeń, a marzyć, to wierzyć w to, co się wydarzy. Jej uśmiech? To fala gorąca, która mnie ogarnia za każdym razem, gdy mnie nim raczy. Dołeczki w policzkach, które są jak wystrzał nakazujący mojemu sercu bić. Czym są jej oczy? Oknem do przyszłości, która nie istnieje bez jej ciepła. Jej dłonie? Są jak kojący poparzoną duszę chłód. Jak uniwersalny lek na każde z moich schorzeń. Nie wiem czy kiedykolwiek się dowie, czy zrozumie, jak wiele dla mnie znaczy. Czy pojmie trudność w oddychaniu, którą odczuwam bez jej obecności. Zawsze chwaliłem sobie umiejętność przelewania doznań i obserwacji na papier, ale w tym przypadku ta zdolność kuleje. I drepcze tak nieporadnie starając się zapewnić ją o moich uczuciach. Lecz czym one tak naprawdę są? Czym są emocje, skoro pomimo tak szerokiej rozpiętości swego wachlarza zawsze oscylują wokół jej osoby. Czemu już nie mogę się śmiać czy płakać bez jej obrazu w głowie? Bo jak mam odczuwać coś, gdy moje serce wala się gdzieś pomiędzy jej szminką i tuszem w torebce? Zresztą, po co jej to wszystko, skoro i tak najpiękniejsza jest za każdym razem gdy się przy niej budzę. I jak mam uniknąć banału, który jest jedynym środkiem wyrażenia tej niecodziennej euforii, której wywołuje każde jej spojrzenie? Uwielbiam rozpływać się w momencie, w którym nareszcie nie potrzebuję żadnych odpowiedzi na te pytania, gdyż sam fakt ich stawiania mnie uszczęśliwia.
            Nie chcę już wygrywać kłótni, wolę je przegrać i zakończyć pocałunkiem. Nie chcę myśleć, skoro mam nie myśleć o niej. Nie chcę tworzyć, skoro mam tego nie robić dla niej. Wszystkie rzeczy, przed którymi tak usilnie się wzbraniałem i które tak bardzo mnie przerażały nagle stały się proste. Ba, nawet nie tyle proste, co przeze mnie wyczekiwane. Nie śni mi się już rezydencja Playboya, a biały welon i wystukujące Mendelsona kopyta. Już nawet przestałem walczyć z banałem i tak wykorzystałem swój limit zwycięstw jak na jedno istnienie, wygrywając jej miłość.
            Wyobraźcie sobie głodującego, który trzyma w ręce bochenek chleba, lecz nie ma odwagi go zjeść, gdyż uważa, że na niego nie zasługuje. Ślepego, który wreszcie zobaczył i boi się mrugnąć, żeby tego nie stracić. Tak zachowuję się każdego dnia, mając nadzieję, że moje wady jej nie zniechęcą, że moje prostackie oddanie wystarczy. Wiem, że jej serce jest zbyt dobre, żeby kiedykolwiek przyznać, że nie jestem dla niej wystarczająco dobry, ale jednocześnie przeraża mnie wiedza, że jest wystarczająco silna, aby pozbyć się ciążącego balastu. Stałem się więźniem zakochania i piewcą jej świetności, a każda chwila z nią w ramionach jest warta więcej niż cokolwiek innego. Naprawdę nie mam wiele do zaoferowania, ale każdego dnia mam nadzieję, że jakimś cudem to wystarczy. I będę walczył, gdyż złapałem skrę dającą sens życia i będę ją trzymał tak mocno, aż zbieleją mi knykcie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz