Piszę to wszystko dla ciebie, cicho, starając się nie obudzić cię hałasem wciskanych klawiszy. Śpisz już, nieświadoma kaskady myśli, które nie pozwalają moim powiekom w spokoju ukołysać mnie do snu. Nieświadoma, że twoje miarodajne oddechy są metronomem, który sprawia, że wyobrażam sobie nasz ślub. I kiedy już pozbędę się tego kretyńskiego poczucia bycia małą dziewczynką, poczuję na skórze krople deszczu, wśród których zawsze widzę wymianę naszych obrączek. Jesteśmy za młodzi. Za młodzi by być pewni, czy nawet w pełni świadomi. Czasem nawet chcę, żebyś wypowiedziała w końcu te zdania, które pozwolą nam się rozstać. Czasem mam ochotę pozwolić ci spakować tę walizkę, którą już trzymasz w rękach. Czy to prawda, że kocham cię bardziej gdy już stoisz w progu niż wtedy, kiedy mnie całujesz? Czy w ogóle można czuć coś więcej, niż wtedy kiedy usypiam cię głaskaniem? Chyba nigdy żadna wilgoć nie cieszyła tak drugiej osoby, niż ta strużka śliny, który wycieka ci z ust, gdy śpisz na moim ramieniu. Nawet woda w oazie na drodze spragnionego tułacza. A może cenniejsze są moje łzy? Bo nigdy nie płakałem tak jak przy tobie. Nie pozwalałem sobie tak się otworzyć. Rozedrzeć ostatniej z powłok mojej skorupy. Zawsze uważałem to za coś, czego powinienem się wstydzić. Ale jeśli mam się wstydzić tego, że czuję, to po co w ogóle się budzić? Po co być? Obiecuję sobie nigdy więcej się za to nie wstydzić, tak samo często jak nigdy więcej już nie płakać. Chcę być silny, muszę być silny. Dla ciebie. Dla nas. Bo sama wiesz, że czasem jesteś głupia, jesteś lekkomyślna i pochopna. A ja jestem agresywny i ślepy.
Słyszysz gospel moich myśli? Słyszysz akordy bicia mojego serca, kiedy udaję, że cię słucham? Opowiadasz mi swój kolejny sen, którego nie rozumiem. Kolejną przygodę koleżanki, której nie znam. I kocham cię. Patrząc, kiedy otwierają się twoje usta, wypowiadające słowa, które ignoruje. Krzyczysz, kiedy mnie na tym przyłapiesz, a ja dziwię się samemu sobie, że potrafię cię kochać mocniej niż chwilę wcześniej. Potrzebuję cię. Często bardziej niż ty mnie. Kocham cię bardziej niż ty mnie. Musi tak być, bo nie potrafię sobie wyobrazić uczucia silniejszego niż moje. Nawet kiedy cię nienawidzę, robię to najsilniej jak potrafię.
Uwielbiam być w tobie. Nawet kiedy czuję, że na to nie zasługuje. Kiedy rozliczam się z każdego grama przyjemności, którą ci sprawiam. Porównuję się do innych, przeszłych, przyszłych, nieistniejących. Ale to dlatego, że wymagam od siebie dużo więcej. Nie cierpię siebie dużo bardziej od kiedy cię poznałem. Bo teraz nie jestem wystarczająco dobry dla dwóch istnień. I tak kończę. Słuchając akustycznych coverów swoich wspomnień i kompleksów kiedy ty śpisz. Mam ochotę utopić się w tej jebanej Missisipi, zanim zdążę cię poważnie zawieść. I tak nie potrafię pływać.
Jest już późno. Ale nie jest to zwyczajna późna godzina. Jest to ta, która mnie przeraża i przysięgam, że sobie tego nie wymyśliłem. Jednak spokojność twojego snu jest dla mnie zbyt ważna, bym cię obudził i poprosił o pomoc. Pomoc w przestaniu się bać. Jestem alkoholikiem, ćpunem i tchórzem. Nieudacznikiem. Chociaż ostatnio już sam nie wiem kim jestem. Starając się złapać sens w wypadkowej twoich spojrzeń, obserwuję bohatera i śmiecia. Patologicznego kłamcę i błazna. Już nie wiem czy bardziej oszukuję siebie czy ciebie. Śpisz. Spokojnie. A pomimo tego jestem przerażony obrazów, które mogą ci się przyśnić.
Jak mam być twoją ostoją? Jak mam być mężczyzną i co to w ogóle kurwa znaczy? Czy przestaję nim być gdy w przypływie rozkoszy zamykam oczy jak drapiesz mnie po plecach? Czy przestaję nim być jak wzruszam się na widok przejawu dojrzałości emocjonalnej u dzieci? Czy przestaję nim być kiedy przyznaję, że kocham i tęsknię za moją mamą? Sam nawet tego nie dostrzegam, do momentu, kiedy zdaję sobie sprawę ile dla niej znaczę. I czy mogę tak naprawdę ją winić za to, że kocha bardziej mojego brata? Tego, który nigdy jej nie zawiódł, który już jako niemowlę oszukał przeznaczenie żyjąc. Nie. Bo to właśnie dzięki niemu, jestem taki jaki jestem. Moje synapsy ułożyły się w taki sposób, właśnie dzięki niemu pilnującemu żebym nie spadł z łóżka. Jego wyrzeczenia i bezinteresowność jaką mi zaszczepił pozwalają mi czuć i żyć. Nawet imię mi nadał. Gdyby nie on, to w ogóle bym nie istniał. Bo właśnie w jego dziecięcej głowie powstał zalążek mojej duszy. Miłość starszego brata jest mocniejsza niż kevlar. I bardziej zaraźliwa niż którakolwiek z religii.
Wstydzę się moich słabości. Wystarczająco, żebym nie podniósł wzroku kiedy wam o nich opowiadam, jednak nie na tyle bym bał się o nich mówić. I uskrzydla mnie przy tym myśl, że ona byłaby ze mnie dumna. Mimo, że wciąż śpi. A ja stałem się coraz mnie uważny co do dynamiki uderzeń moich palców o klawiaturę. I czekam w ciemności. Czekam na ten moment, kiedy przestanę bać się żyć, tak samo jak nie boję się umrzeć. Fantazjowałem o tym nie raz. Każdy z was to robił. Zaprzeczając okłamujecie samych siebie. Albo żyjecie w wydmuszce samoświadomości. A może po prostu w szczęściu... Nie wiem. Błagam jednak, zaczekajcie na mnie w ogniu. Bo pomimo iż wmawiam sobie, że się nie boję, to nie chcę przechodzić przez to sam.
We wszystkim tkwi jakaś historia. Postaram się dotrzeć do niektórych z nich, czasem bardziej sukcesywnie, czasem mniej. Mam natomiast nadzieję, że konsekwentnie. Czego możecie się tutaj spodziewać? Powiem wam szczerze, że sam jeszcze nie wiem.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocham cię. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocham cię. Pokaż wszystkie posty
piątek, 30 października 2015
środa, 15 stycznia 2014
Gdy płonie mały ognik, to nikt go nie gasi
- Widzisz, mam dwadzieścia lat, ciało pięćdziesięciolatka i umysł osiemdziesięcioletniego starca i chyba już nie mam czasu na przygody.
- Chyba masz, bo przygoda, którą dla nas szykuję jest raczej długodystansowa.
Jej smak? Dla mnie to jest ekstrakt marzeń, a marzyć, to wierzyć w to, co się wydarzy. Jej uśmiech? To fala gorąca, która mnie ogarnia za każdym razem, gdy mnie nim raczy. Dołeczki w policzkach, które są jak wystrzał nakazujący mojemu sercu bić. Czym są jej oczy? Oknem do przyszłości, która nie istnieje bez jej ciepła. Jej dłonie? Są jak kojący poparzoną duszę chłód. Jak uniwersalny lek na każde z moich schorzeń. Nie wiem czy kiedykolwiek się dowie, czy zrozumie, jak wiele dla mnie znaczy. Czy pojmie trudność w oddychaniu, którą odczuwam bez jej obecności. Zawsze chwaliłem sobie umiejętność przelewania doznań i obserwacji na papier, ale w tym przypadku ta zdolność kuleje. I drepcze tak nieporadnie starając się zapewnić ją o moich uczuciach. Lecz czym one tak naprawdę są? Czym są emocje, skoro pomimo tak szerokiej rozpiętości swego wachlarza zawsze oscylują wokół jej osoby. Czemu już nie mogę się śmiać czy płakać bez jej obrazu w głowie? Bo jak mam odczuwać coś, gdy moje serce wala się gdzieś pomiędzy jej szminką i tuszem w torebce? Zresztą, po co jej to wszystko, skoro i tak najpiękniejsza jest za każdym razem gdy się przy niej budzę. I jak mam uniknąć banału, który jest jedynym środkiem wyrażenia tej niecodziennej euforii, której wywołuje każde jej spojrzenie? Uwielbiam rozpływać się w momencie, w którym nareszcie nie potrzebuję żadnych odpowiedzi na te pytania, gdyż sam fakt ich stawiania mnie uszczęśliwia.
Nie chcę już wygrywać kłótni, wolę je przegrać i zakończyć pocałunkiem. Nie chcę myśleć, skoro mam nie myśleć o niej. Nie chcę tworzyć, skoro mam tego nie robić dla niej. Wszystkie rzeczy, przed którymi tak usilnie się wzbraniałem i które tak bardzo mnie przerażały nagle stały się proste. Ba, nawet nie tyle proste, co przeze mnie wyczekiwane. Nie śni mi się już rezydencja Playboya, a biały welon i wystukujące Mendelsona kopyta. Już nawet przestałem walczyć z banałem i tak wykorzystałem swój limit zwycięstw jak na jedno istnienie, wygrywając jej miłość.
Wyobraźcie sobie głodującego, który trzyma w ręce bochenek chleba, lecz nie ma odwagi go zjeść, gdyż uważa, że na niego nie zasługuje. Ślepego, który wreszcie zobaczył i boi się mrugnąć, żeby tego nie stracić. Tak zachowuję się każdego dnia, mając nadzieję, że moje wady jej nie zniechęcą, że moje prostackie oddanie wystarczy. Wiem, że jej serce jest zbyt dobre, żeby kiedykolwiek przyznać, że nie jestem dla niej wystarczająco dobry, ale jednocześnie przeraża mnie wiedza, że jest wystarczająco silna, aby pozbyć się ciążącego balastu. Stałem się więźniem zakochania i piewcą jej świetności, a każda chwila z nią w ramionach jest warta więcej niż cokolwiek innego. Naprawdę nie mam wiele do zaoferowania, ale każdego dnia mam nadzieję, że jakimś cudem to wystarczy. I będę walczył, gdyż złapałem skrę dającą sens życia i będę ją trzymał tak mocno, aż zbieleją mi knykcie.
- Chyba masz, bo przygoda, którą dla nas szykuję jest raczej długodystansowa.
Jej smak? Dla mnie to jest ekstrakt marzeń, a marzyć, to wierzyć w to, co się wydarzy. Jej uśmiech? To fala gorąca, która mnie ogarnia za każdym razem, gdy mnie nim raczy. Dołeczki w policzkach, które są jak wystrzał nakazujący mojemu sercu bić. Czym są jej oczy? Oknem do przyszłości, która nie istnieje bez jej ciepła. Jej dłonie? Są jak kojący poparzoną duszę chłód. Jak uniwersalny lek na każde z moich schorzeń. Nie wiem czy kiedykolwiek się dowie, czy zrozumie, jak wiele dla mnie znaczy. Czy pojmie trudność w oddychaniu, którą odczuwam bez jej obecności. Zawsze chwaliłem sobie umiejętność przelewania doznań i obserwacji na papier, ale w tym przypadku ta zdolność kuleje. I drepcze tak nieporadnie starając się zapewnić ją o moich uczuciach. Lecz czym one tak naprawdę są? Czym są emocje, skoro pomimo tak szerokiej rozpiętości swego wachlarza zawsze oscylują wokół jej osoby. Czemu już nie mogę się śmiać czy płakać bez jej obrazu w głowie? Bo jak mam odczuwać coś, gdy moje serce wala się gdzieś pomiędzy jej szminką i tuszem w torebce? Zresztą, po co jej to wszystko, skoro i tak najpiękniejsza jest za każdym razem gdy się przy niej budzę. I jak mam uniknąć banału, który jest jedynym środkiem wyrażenia tej niecodziennej euforii, której wywołuje każde jej spojrzenie? Uwielbiam rozpływać się w momencie, w którym nareszcie nie potrzebuję żadnych odpowiedzi na te pytania, gdyż sam fakt ich stawiania mnie uszczęśliwia.
Nie chcę już wygrywać kłótni, wolę je przegrać i zakończyć pocałunkiem. Nie chcę myśleć, skoro mam nie myśleć o niej. Nie chcę tworzyć, skoro mam tego nie robić dla niej. Wszystkie rzeczy, przed którymi tak usilnie się wzbraniałem i które tak bardzo mnie przerażały nagle stały się proste. Ba, nawet nie tyle proste, co przeze mnie wyczekiwane. Nie śni mi się już rezydencja Playboya, a biały welon i wystukujące Mendelsona kopyta. Już nawet przestałem walczyć z banałem i tak wykorzystałem swój limit zwycięstw jak na jedno istnienie, wygrywając jej miłość.
Wyobraźcie sobie głodującego, który trzyma w ręce bochenek chleba, lecz nie ma odwagi go zjeść, gdyż uważa, że na niego nie zasługuje. Ślepego, który wreszcie zobaczył i boi się mrugnąć, żeby tego nie stracić. Tak zachowuję się każdego dnia, mając nadzieję, że moje wady jej nie zniechęcą, że moje prostackie oddanie wystarczy. Wiem, że jej serce jest zbyt dobre, żeby kiedykolwiek przyznać, że nie jestem dla niej wystarczająco dobry, ale jednocześnie przeraża mnie wiedza, że jest wystarczająco silna, aby pozbyć się ciążącego balastu. Stałem się więźniem zakochania i piewcą jej świetności, a każda chwila z nią w ramionach jest warta więcej niż cokolwiek innego. Naprawdę nie mam wiele do zaoferowania, ale każdego dnia mam nadzieję, że jakimś cudem to wystarczy. I będę walczył, gdyż złapałem skrę dającą sens życia i będę ją trzymał tak mocno, aż zbieleją mi knykcie.
sobota, 14 grudnia 2013
Arkadia w tęczówce
- Gdybyś mogła w tym momencie znaleźć się w dowolnym miejscu na świecie, to gdzie chciałabyś być?
- Ale z tobą czy sama?
- Obojętnie, bez znaczenia.
- Jeśli sama, to właśnie tutaj teraz z tobą.
Świat trawi niekończąca się wojna. Każdy człowiek taszczy ze sobą swój własny arsenał śmiercionośnej broni. To może być karabin, bomba, długopis, tak samo jak myśl, słowo czy zdanie. Każda sylaba jest niezawodnym orężem, a dotkliwość ciosu zależna jest tylko od wprawy kata.
Wyszczerbiona klinga sparowała nacierające na nią ostrze. Doświadczony szermierz intuicyjnie odskoczył po paradzie, zbierając pęd do wyprowadzenia kontrataku. Ciął od góry, przez policzek. Rozbryzg krwi dostał się do jego oczu, uniemożliwiając widzenie, zdając się zatem na instynkt przyklęknął i zamachnął się horyzontalnie. Brzeszczot napotkał opór, a znajomy chrzęst podpowiedział mu, że trafił tuż nad kolanem. Usłyszał rozrywający firmament wrzask i brzdęk upuszczanego oręża. Korzystając z okazji przetarł rękawem twarz, aby ujrzeć swojego wroga wyjącego z bólu, kurczowo trzymając rozbabrany złamaną kością mięsień. Szermierz cofnął się kilka kroków od tej groteskowej sceny, spojrzał na ostrze swojego bastarda i delikatnie przekręcił je w dłoni, pozwalając promieniowi słońca mrugnąć w jego stronę. Następnie z szybkością i gracją szlachetnego jelenia natarł na przeciwnika, po drodze rozpędzając oręż zwinnym młyńcem, aby wykonać cięcie na szyję. Krtań rannego praktycznie eksplodowała, tryskając strugą musującej krwi.
Kiedy tylko karykaturalne bulgotanie konającego ustało, szermierz usłyszał kroki. Obrócił się delikatnie na pięcie i ujrzał z wolna kroczącą w jego stronę sylwetkę, ze spuszczonymi po dwóch stronach ciała puginałami. Ich spojrzenia zderzyły się ze sobą, a głownie broni postanowiły wziąć z nich przykład. Nie czekając na ruch napastnika szermierz zaatakował ukośnym cięciem, które zostało krzyżowo sparowane dwoma ostrzami. Oboje atakujący wycofali się i zamarli, trzymając gardy. Tym razem to dzierżący dwa miecze wymierzył pierwszy cios. Szermierz jednak bez problemu uniknął świszczących brzeszczotów i markując cięcie, uderzył kolczą rękawicą w podbrzusze przeciwnika. Ten zgiąwszy się w pół, przyjął dodatkowo cios głowicą rękojeści wprost w potylicę. Zamroczony upadł. Szermierz doskoczył do leżącego, kopnięciem odwrócił go na plecy i bez pardonu wbił sztych ostrza w serce. Ferwor walki wygłuszył w jego głowie odgłosy konania.
Przeszywający ból sprawił, że oczy szermierza na moment zajęły się czernią. Osłabiony opadł na kolana, starał się uspokoić oddech i połączyć fakty. Puszczając miecz, sięgnął ręką za plecy w kierunku epicentrum bólu, jego dłoń natrafiła na drzewce bełtu. Grot wszedł w ciało tuż pod łopatką, zbyt niebezpieczne było jego wyciągnięcie. Kiedy tylko oszołomiony umysł szermierza zrozumiał, że zagrożenie jeszcze nie minęło, ten obejrzał się za siebie i spostrzegł naciągającego ponownie cięciwę strzelca. Pędzony wolą przeżycia chwycił leżącego obok bastarda i wspomagając się nim stanął na nogi. Uniósł miecz przed siebie i ledwo stawiając kroki, włóczył się w kierunku kusznika. Wiedział , że nie zdąży do niego dojść, jednak nie dopuszczał do myśli możliwości poddania się. Zacisnął więc zęby spychając ból na dalszy plan i szedł z podniesionym czołem w stronę swego oprawcy. Napastnik w końcu załadował bełt do kuszy, oparł kolbę o ramię i z wolna nacisnął spust. Świst pierzyska tnącego powietrze wygłuszył wszelkie inne bodźce w umyśle szermierza, a czas zdawał się zatrzymać. Oto właśnie zmierzała w jego stronę frunąca śmierć. I nie było już ratunku.
Strzelec ostrożnie zbliżył się do okalającej ciało kałuży krwi. Starym nawykiem odkopnął leżący w martwej dłoni miecz. Bezimienny szermierz leżał w bezruchu, z wystającym z piersi bełtem. Udało mu się uniknąć śmierci z ręki najgroźniejszych zabójców, najwybitniejszych fechmistrzów, ciężkozbrojnych, konnych, żołnierzy i cywilów, a koniec końców, to podstępny kawałek drewna wyrwał ostatni oddech z jego ust. Kusznik przypatrywał się rozprutemu zewłokowi, kiedy nawiedziła go pewna myśl. Nie znał swojej ofiary ani powodu ich starcia. Rozejrzał się wokół siebie, niebo w jakiś obcy sposób zlewało się z horyzontem, tak, że nie mógł określić swojego położenia. Znów zwrócił wzrok ku martwemu, coś dziwnego pojawiło się na jego twarzy. Czy to mógł być uśmiech?
Zapalniczka przestała obracać się w palcach, niedopałek wylądował za oknem, a ja zeskoczyłem z parapetu. Ile razy nie próbowałbym odegrać tej bitwy w głowie, to zawsze przegrywam, tym razem jednak wyjątkowo dobrze czułem się z porażką. Wiem już, że nie wygram z samym sobą i nie uda mi się dłużej powstrzymywać. Słowa doprawdy są największym orężem, a ja znalazłem się w miejscu, w którym mój pacyfizm dobiegł końca. Na moim czole pojawiła się kropla potu, knykcie u zaciśniętych pięści zbielały, a drgające usta bezdźwięcznie wypowiedziały: Kocham Cię.
- Ale z tobą czy sama?
- Obojętnie, bez znaczenia.
- Jeśli sama, to właśnie tutaj teraz z tobą.
Świat trawi niekończąca się wojna. Każdy człowiek taszczy ze sobą swój własny arsenał śmiercionośnej broni. To może być karabin, bomba, długopis, tak samo jak myśl, słowo czy zdanie. Każda sylaba jest niezawodnym orężem, a dotkliwość ciosu zależna jest tylko od wprawy kata.
Wyszczerbiona klinga sparowała nacierające na nią ostrze. Doświadczony szermierz intuicyjnie odskoczył po paradzie, zbierając pęd do wyprowadzenia kontrataku. Ciął od góry, przez policzek. Rozbryzg krwi dostał się do jego oczu, uniemożliwiając widzenie, zdając się zatem na instynkt przyklęknął i zamachnął się horyzontalnie. Brzeszczot napotkał opór, a znajomy chrzęst podpowiedział mu, że trafił tuż nad kolanem. Usłyszał rozrywający firmament wrzask i brzdęk upuszczanego oręża. Korzystając z okazji przetarł rękawem twarz, aby ujrzeć swojego wroga wyjącego z bólu, kurczowo trzymając rozbabrany złamaną kością mięsień. Szermierz cofnął się kilka kroków od tej groteskowej sceny, spojrzał na ostrze swojego bastarda i delikatnie przekręcił je w dłoni, pozwalając promieniowi słońca mrugnąć w jego stronę. Następnie z szybkością i gracją szlachetnego jelenia natarł na przeciwnika, po drodze rozpędzając oręż zwinnym młyńcem, aby wykonać cięcie na szyję. Krtań rannego praktycznie eksplodowała, tryskając strugą musującej krwi.
Kiedy tylko karykaturalne bulgotanie konającego ustało, szermierz usłyszał kroki. Obrócił się delikatnie na pięcie i ujrzał z wolna kroczącą w jego stronę sylwetkę, ze spuszczonymi po dwóch stronach ciała puginałami. Ich spojrzenia zderzyły się ze sobą, a głownie broni postanowiły wziąć z nich przykład. Nie czekając na ruch napastnika szermierz zaatakował ukośnym cięciem, które zostało krzyżowo sparowane dwoma ostrzami. Oboje atakujący wycofali się i zamarli, trzymając gardy. Tym razem to dzierżący dwa miecze wymierzył pierwszy cios. Szermierz jednak bez problemu uniknął świszczących brzeszczotów i markując cięcie, uderzył kolczą rękawicą w podbrzusze przeciwnika. Ten zgiąwszy się w pół, przyjął dodatkowo cios głowicą rękojeści wprost w potylicę. Zamroczony upadł. Szermierz doskoczył do leżącego, kopnięciem odwrócił go na plecy i bez pardonu wbił sztych ostrza w serce. Ferwor walki wygłuszył w jego głowie odgłosy konania.
Przeszywający ból sprawił, że oczy szermierza na moment zajęły się czernią. Osłabiony opadł na kolana, starał się uspokoić oddech i połączyć fakty. Puszczając miecz, sięgnął ręką za plecy w kierunku epicentrum bólu, jego dłoń natrafiła na drzewce bełtu. Grot wszedł w ciało tuż pod łopatką, zbyt niebezpieczne było jego wyciągnięcie. Kiedy tylko oszołomiony umysł szermierza zrozumiał, że zagrożenie jeszcze nie minęło, ten obejrzał się za siebie i spostrzegł naciągającego ponownie cięciwę strzelca. Pędzony wolą przeżycia chwycił leżącego obok bastarda i wspomagając się nim stanął na nogi. Uniósł miecz przed siebie i ledwo stawiając kroki, włóczył się w kierunku kusznika. Wiedział , że nie zdąży do niego dojść, jednak nie dopuszczał do myśli możliwości poddania się. Zacisnął więc zęby spychając ból na dalszy plan i szedł z podniesionym czołem w stronę swego oprawcy. Napastnik w końcu załadował bełt do kuszy, oparł kolbę o ramię i z wolna nacisnął spust. Świst pierzyska tnącego powietrze wygłuszył wszelkie inne bodźce w umyśle szermierza, a czas zdawał się zatrzymać. Oto właśnie zmierzała w jego stronę frunąca śmierć. I nie było już ratunku.
Strzelec ostrożnie zbliżył się do okalającej ciało kałuży krwi. Starym nawykiem odkopnął leżący w martwej dłoni miecz. Bezimienny szermierz leżał w bezruchu, z wystającym z piersi bełtem. Udało mu się uniknąć śmierci z ręki najgroźniejszych zabójców, najwybitniejszych fechmistrzów, ciężkozbrojnych, konnych, żołnierzy i cywilów, a koniec końców, to podstępny kawałek drewna wyrwał ostatni oddech z jego ust. Kusznik przypatrywał się rozprutemu zewłokowi, kiedy nawiedziła go pewna myśl. Nie znał swojej ofiary ani powodu ich starcia. Rozejrzał się wokół siebie, niebo w jakiś obcy sposób zlewało się z horyzontem, tak, że nie mógł określić swojego położenia. Znów zwrócił wzrok ku martwemu, coś dziwnego pojawiło się na jego twarzy. Czy to mógł być uśmiech?
Zapalniczka przestała obracać się w palcach, niedopałek wylądował za oknem, a ja zeskoczyłem z parapetu. Ile razy nie próbowałbym odegrać tej bitwy w głowie, to zawsze przegrywam, tym razem jednak wyjątkowo dobrze czułem się z porażką. Wiem już, że nie wygram z samym sobą i nie uda mi się dłużej powstrzymywać. Słowa doprawdy są największym orężem, a ja znalazłem się w miejscu, w którym mój pacyfizm dobiegł końca. Na moim czole pojawiła się kropla potu, knykcie u zaciśniętych pięści zbielały, a drgające usta bezdźwięcznie wypowiedziały: Kocham Cię.
Subskrybuj:
Posty (Atom)