poniedziałek, 29 września 2014

Myśliwy

- Będę czujna.
- Bądź czujna, szanuj się i nie bój się walczyć o swoje. Ludzie są jak lwy - mężczyźni są silni tylko pozornie, nie zapominaj o tym.
- Trafiasz czy naprawdę jesteś tak przenikliwy? Dzięki.
- Ja? Ja jestem tylko festynowym głupkiem. O, patrz! Mam śmieszną czapkę.





          


Bum. Chwile tuż po naciśnięciu spustu zawsze wprawiały go w ten wyjątkowy, niepowtarzalny stan. Coś na wzór tego ułamka sekundy pomiędzy wytryskiem a orgazmem. Zatrzymująca czas napięcio-ekstaza. Jednak w tym przypadku jego umysł nie odpływał nigdzie daleko, aby zanurzyć się w przyjemnym zobojętnieniu. Wręcz przeciwnie, nakazywał zmysłom dodatkowe wyostrzenie - obserwował. Bardzo możliwe, że jakiś naukowiec dałby temu logiczne wyjaśnienie używając sformułowań jak: adrenalina, endorfiny czy inna dopamina, jednak rozebranie tego na najmniejsze z czynników pierwszych i tak nie pozwoliłoby przedstawić piękna tej chwili. Człowiek z natury jest drapieżnikiem. Instynkt i emocje, często postrzegane jako słabość, tworzą prawdziwą konstelację jego oręża.
            Myśliwy wyruszył na swój wieczorny żer w pełnym rynsztunku. Jeszcze tuż przed wyjściem upewnił się, że każdy element uprzęży idealnie spasowany jest z jego karkiem i barkami. Starannie zakonserwowana broń scaliła się z jego dłońmi. Nadszedł czas ofensywy. Dziś nie będzie żadnej zanęty, ani podchodów. Nie, ten wieczór napawał go nieokiełznaną chęcią bezpośredniego ataku - jatki. Wszystko było gotowe. I jak zawsze - nikt się go nie spodziewał.
Wraz z usłyszeniem zgrzytu zamka w drzwiach wyjściowych, lokalizacja polowania zmaterializowała się w jego umyśle. Wyruszy w sam środek miasta, a cienie kamienic uplotą mu niepostrzeżoną ścieżkę. Pędzone ekscytacją tego pomysłu nogi, połykały schody po parę stopni na raz. Cisza była jego nieodzowną kompanką polowań. Kiedyś nawet zastanawiał się czy faktycznie nie wydaje żadnych odgłosów, czy to szumiąca w skroniach krew ogłuszała kompletnie. Podniecone paliczki zaczęły nerwowo bębnić w podszycie kieszeni spodni, kiedy wędrował wśród bocznych uliczek. Chciały akcji, nie mogły już znieść bezczynności, szalały od pragnienia wtopienia się w rękojeść. Nie miał zamiaru już dłużej czekać, wyćwiczonym ruchem wydobył swój śmiercionośny oręż z kabury. Opuszki palców natychmiast dopadły do chłodnego materiału, było to dla nich niczym chwycenie uda kochanki - dawało chwilowy upust narastającej żądzy, żeby momentalnie wystrzelić stukrotną siłą.
            Traf chciał, że pierwszą osobą, na jaką natrafił, była ośmio- może dziewięcioletnia dziewczynka. Pędziła, przedzierając pomiędzy alejkami, najpewniej śpiesząc się do zmartwionych rodziców. W dziecięcej rączce kurczowo trzymała różową parasolkę przystrojoną motylkami. Może to właśnie absolutny brak odgłosów przyczajonego myśliwego sprawił, że wzdrygnęła się odruchowo na jego widok, co doprowadziło do potknięcia. On nie pozwolił takiej sytuacji się zmarnować, jeszcze zanim upadła na zimne kocie łby, zdążył nacisnąć spust. Wtedy wszystko się ulotniło, w ten prosty sposób uśmiercił pierwszą ze swych ofiar tego wieczoru.
Maniakalnym odruchem oblizał wargi i już mknął dalej, nigdy nie oglądał się za siebie, nie tracił impetu. Szybko wpadł na kolejne nieświadome istoty – całującą się w bramie parę. Kiedy tylko spostrzegł wbite we włosy mężczyzny kobiece palce i oplatające jego udo kolano, nie mógł się powstrzymać. Sam nie wyobraziłby sobie tego lepiej. Wyćwiczonym ruchem ręki dał podparcie tej drugiej i wymierzył w sam środek splotu ich serc. Palec wskazujący miękko uruchomił mechanizm. Nie zdołali nawet otworzyć oczu. Myśliwy parł dalej.
            Po paru kolejnych ofiarach wciąż miał mało. Postanowił zwiększyć siłę rażenia, spuszczając jedną z szelek plecaka dobył jego zawartości, wymieniając oręż na taki o większym kalibrze. Teraz wystarczyło dostać się wyżej. Nie minęło dużo czasu jak udało mu się znaleźć schody przeciwpożarowe, na które był w stanie wejść. Używając tylko jednej ręki, ostrożnie wspinał się po metalowej drabince. Już stamtąd obserwował otoczenie gotowy do oddania strzału, jednak nie nadarzyła się ku temu okazja. Gdy wdrapał się już na dach budynku, u jego stóp rozpostarła się panorama miasta i niczego się niespodziewające, penetrujące ją ludzkie mrówki. Uklęknął na jedno kolano, ocenił parametry atmosferyczne i zaczął szaleńczo gwałcić przycisk spustu. Nie patrzył już nawet w kogo celuje, młodzi, starzy, mężczyźni, kobiety i dzieci. Nie oszczędził nawet ciekawskiego kruka, który przycupnął na głowie pomnika. Opamiętał się dopiero po jakiejś godzinie. Wtedy uspokajając lekką zadyszkę, spakował starannie cały swój sprzęt i postanowił wracać. Wsiąkł w noc, raz jeszcze stając się jedynie cieniem.
            Jego pokój wyglądał jak po przejściu tornada. Nie był to jednak stan, który można nazwać anomalią. Nie, sposób pracy, jaki preferował, potęgował ten bałaganiarsko-koczowniczy tryb życia. Jednak w całym pomieszczeniu, oprócz pogniecionych ubrań, rozproszonych mebli i na wpół dojedzonych posiłków, ani śladu było myśliwego. Znajdował on się bowiem w swoim specjalnym pokoiku, gdzie zawsze zamykał się na długie godziny po polowaniach. Izba ta przepełniona była różnego rodzaju chemikaliami, których używał do utrwalania swoich trofeów. I tak można było podziwiać w nim całą ścianę pokrytą jego zdobyczami, jak również te świeże odpoczywające na sznurze do prania. Cały pokój w zdjęciach. I pośród nich uśmiechnięty, bezlitośnie krwiożerczy fotograf, mający na swym sumieniu tysiące brutalnie zamordowanych chwil.

3 komentarze: