- To może być początkiem, jak i końcem czy środkiem.
- Jak i niczym. Właśnie nie wiem co o tym myśleć. Pierwszy raz zryłem sam siebie.
- Wyobraźnia - na nią nie ma bata.
- Od bata się właśnie zaczyna.
- Zły dobór słów.
- Podświadomość, typie.
Cały czas słyszę jej kaszel w głowie. Po tych kilku charkliwych dźwiękach, stwierdziłem, że to dziewczynka. Ale czy na pewno? Czy w ogóle słyszałem ten głos? A może to sumienie daje mi do zrozumienia, że powinienem przestać palić? To wydarzyło się przed momentem, a czuję jakby minęły wieki. Chociaż zaraz, kiedy to właściwie było? To wspomnienie czy sen? Czy możliwe, że właśnie to wymyśliłem? Nie, no chwila, to było wczoraj, tak? Ale gdzie ja byłem wczoraj? W co byłem ubrany? Jaka była pogoda? Muszę znaleźć swój telefon. Czemu tu nie ma moich rzeczy?! Ale jakich rzeczy? Moment, gdzie ja w ogóle jestem? Idę ulicą. Czemu się zatrzymałem? Jak długo stałem tutaj? Muszę się ukryć przed deszczem, ale przecież nie pada. Co to jest kurwa za ulica? Uspokój się, przecież ty nigdzie nie idziesz, jesteś w domu. Siedzisz na łóżku, wszystko jest w porządku. Ale, to nie jest mój pokój. Nigdy nie widziałem tego obrazu, a materac wydaje się dziwny w dotyku. Jaki kolor mają ściany? Jest tak ciemno czy ja nie widzę barw? Raz... Dwa... Trzy... Cztery... Pięć... Znów słyszę jej kaszel. Czy od tego to się zaczęło? Mogłem jej pomóc. Spokojnie, zamknij oczy. Ale one są zamknięte. Myślisz, że mogły być zamknięte cały czas? Uciekaj przed deszczem. Nie, chwila, nie wstawaj z tego łózka. Pomyśl, gdzie możesz być? Czy to może być sen? Podnieś książkę ze stolika, sprawdź tytuł. "Obserwowany przez kruki". Nigdy o niej nie słyszałem, czy mój mózg mógłby sam to wymyślić? Przeczytaj kilka pierwszych zdań. Czarne wszechwidzące oko, przepaść bez dna. One cię widzą! Jest już za późno. To niemożliwe, czy ja gdzieś to kiedyś przeczytałem? Przerzuć na jakąkolwiek stronę, szybko byle jaką. Czterysta dwadzieścia. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Co to kurwa jest?! Czyj to jest dom?! Gdzie ja kurwa jestem?! O czym ty mówisz? Uspokój się, przechodzisz przez ulicę. Poszukaj lepiej jakiegoś daszku albo większego drzewa, zaraz cały zmokniesz. W oddali dudni chód zaworów, przenikliwy pisk otwieranej bramy. Czy ktoś kaszle? Książka spadła z hukiem na parkiet. Czy jestem tutaj sam? Zdawało mi się, że słyszę coś na dole. Ale czy tu w ogóle jest jakiś dół? Sufity są ścięte, wygląda jakbym znajdował się na piętrze. To kroki czy tylko sprzężenia drewna? Ale moment, czemu tu nie ma okien? O, nareszcie jakiś daszek! Kurwa, oczywiście musiałem wdepnąć w najgłębszą kałużę. Tutaj przynajmniej na mnie nie pada, ale i tak czuję się jakbym wyszedł w ubraniach z basenu. Brak barw stał się zrozumiały, przecież tu nie ma żadnego światła. Jak, w takim razie. jestem w stanie widzieć tak dobrze? To niemożliwe, żeby mój wzrok penetrował totalną ciemność. Raz... Dwa... Trzy... Cztery... Pięć... Czy ten materac jest mokry? Czy to moje ręce? Jest noc czy dzień? Chwila, ja w ogóle jestem w Polsce? Ej, ej, już bez przesady. Jak miałbyś się znaleźć za granicą? Poza tym czytałeś przed chwilą książkę po polsku, prawda? Ale czy na pewno? Podnieś ją z ziemi. Co to jest kurwa za język?! Grzmot gnał zaraz za błyskawicą, musiało uderzyć gdzieś blisko, ale się rozpadało. Muszę odkaszlnąć. Czy ktoś pukał? Zwariowałeś, nie wychodź stąd! To wszystko zdaje się być niemożliwe, ty nie możesz tutaj być. Nic tutaj nie wydaje się znajome. To z pewnością nie jest mój obraz. Kogo on w ogóle przedstawia? Nie, to nie mogę być ja. Kap, kap, kap. Czy na pewno nic jej się nie stało? Myślisz, że powinienem był zawrócić? Czuje się jakby ona ciągle kaszlała. Dźwięki zaczynają razić mi oczy. Już tylko, kilka kroków, zaraz będziesz w domu. Jak długo szedłem? Ktoś zauważył, że mnie nie ma? Czy jest ktoś, kogo mogłoby to obejść? Czemu jest tak ciemno, czy jest noc? Nie, niebo jest czarne od kruków.
We wszystkim tkwi jakaś historia. Postaram się dotrzeć do niektórych z nich, czasem bardziej sukcesywnie, czasem mniej. Mam natomiast nadzieję, że konsekwentnie. Czego możecie się tutaj spodziewać? Powiem wam szczerze, że sam jeszcze nie wiem.
poniedziałek, 11 lutego 2013
sobota, 9 lutego 2013
Ten kwadrat czasem jest jak sześcian w Cube'ie
- Co tam ogólnie?
- W sumie nic ciekawego. Zabieram się za jakieś pisanie od kilku dni, ale coś nie mogę. Blokada.
- Widocznie musisz się dotlenić.
- No, na to wychodzi.
[...]
- Dwa czy elkę?
- Wolałbym dwa chyba.
- Dawaj, ogarnę elkę. Będzie git.
- Dobra, niech będzie.
Poprzedniej nocy miałem przyjemny koszmar. Spływająca po moim policzku krwawa łza oderwała się od skóry i wpadła do purpurowej kałuży. Spojrzałem w kierunku zmąconej tafli, a ta przedstawiła mi moje odbicie. Nie miałem na sobie żadnych włosów, zastąpiły je blizny od cięć brzytwy. Patrzyłem na siebie pustymi oczodołami, jakby moich oczu nigdy tam nie było. Jakbym nigdy prawdziwie nie widział. Uniosłem rękę w kierunku moich popękanych ust, po czym oderwałem swe wargi od twarzy, tak, jakbym zrywał folię z paczki papierosów. Obnażone zęby wykrzywione były w sztucznym, znerwicowanym uśmiechu.
Zapach palonego mięsa zaatakował moje nozdrza. Płomienie łakomie trawiły powierzchnie mojej skóry, węgląc tkanki i nadgryzając kości. Oglądałem moje obumierające komórki ze stoickim spokojem i ciekawością dziecka. Znudziwszy się jednak obserwacją, wstałem i nadal płonąc, udałem się na spacer.
Szedłem kwiecistą łąką, wypalając ścieżkę pod stopami. Nagle, na swojej drodze spotkałem potężne, pomarańczowe drzewo. Jego konary zdawały się wić kilometrami ku nieboskłonowi. Wokół pnia chodziła zapracowana dziewczyna, zbierając te z pomarańczy, które martwe spoczywały w trawie. Podniosła głowę i wpatrując w moją pozbawioną oczu twarz, uśmiechnęła się. Był to jeden z tych zwykłych uśmiechów, które serwujemy kelnerowi czy osobie, która przytrzymała dla nas drzwi, jednak coś w nim mnie zaintrygowało. Rozmarzyłem się w nim, słyszałem jak do mnie mówi: "Dotknij mnie. Nie swymi rękoma, jednak tak, abym cię poczuła. Przytul mnie. Nie swymi rękoma, lecz wnętrzem swojej duszy". Dziewczyna przyglądając mi się, przechyliła lekko głowę w lewą stronę niczym ciekawski pies. Sięgnęła do swego fartuszka dobywając dorodną pomarańczę i rzuciła mi owoc do rąk. Zapominając o trawiących mnie płomieniach, odruchowo ją złapałem, ta jednak pozostała nienaruszona. Zacisnąłem palce z niedowierzaniem na chropowatej skórce i mógłbym przysiąc, że czułem bijące w środku serce.
Po horyzoncie przetoczył się pokryty mchem kamień. Dziewczyna nie stała już przede mną ubrana w ubłocony fartuszek. Z jej ramion zwisała przewiewna sukienka. Biel była zdecydowanie jej kolorem, wyglądała w niej zjawiskowo. Patrząc na jej anielskie piękno i nieskazitelność, cieszyłem się z braku oczu oraz tego, że oczyszczający ogień wypalił już większość mojego grzechu. Nie zdzierżyłbym bowiem myśli, iż kalam ją swym nieczystym spojrzeniem. Na jej gładkiej twarzy znów zagościł uśmiech, tym razem jeszcze szerszy i prawdziwszy. Anielica odchyliła głowę do tyłu i rozłożyła swe ręce na boki. Skryte, pomiędzy liśćmi pomarańczowego drzewa, nuty rozbiegły się po niebie. Uderzały o siebie w podniebnym tańcu, wydając niewyobrażalne dźwięki. Nóż bowiem zaczyna śpiewać dopiero, gdy spotka się w ciosie z drugim. Powietrze wypełniło brzmienie skrzypiec. Piękna istota w białej sukni zaczęła obracać się i tańczyć z wyrazem błogości na twarzy. Tracąc z oczu jej uśmiech, traciłem zmysły. Szybko jednak odnajdowałem je ponownie. Ruszała się jak mała dziewczynka, bawiąca się przed domem, a przy niej sam czułem się jak dziecko. Poruszone jej bosymi stopami kwiaty zaczęły pylić, walcząc z odorem spalenizny. Mój świat poruszał się w rytm jej tańca.
Nagle, niebo rozdarło się na pół niczym przecięte nożem, a spomiędzy rozdarcia spłynął rzęsisty deszcz. Spoglądając na swe dłonie, z radością stwierdziłem, że zbawienne krople ugasiły otaczające mnie płomienie. Podniosłem szybko głowę w kierunku pięknego anioła, ledwo tłumiąc krzyk radości, szczęśliwy, że nareszcie mogę ją dotknąć. Przede mną stało jednak jedynie pomarańczowe drzewo, a ja nawet nie mogłem przypomnieć sobie jej twarzy. Tęsknota i poczucie utraty czegoś, czego nigdy nie miałem, raniło dotkliwiej od ognia. Coś, co umarło zanim się jeszcze urodziło, budziło smutek niczym dziecko poległe w łonie matki. To, co pozostało z mojej cielesnej powłoki wyło, a blizny zdawały się rozdzierać na nowo. Mój umysł zepchnął mnie do strasznej, ciemnej piwnicy, a ja byłem zbyt przerażony schodami żeby wyjść. Poczułem zimno i smak krwi na języku. Każdy mój oddech coraz bardziej zalewał płuca smołą, aż czerń pochłonęła mnie doszczętnie.
Obudziłem się z mojego przyjemnego koszmaru zlany potem. Serce galopowało mi w piersi jak oszalałe, chcąc wyrwać się z pomiędzy żeber. Usiadłem na skraju łóżka i starałem się ochłonąć, pomagając sobie sporym łykiem wody. Spokojnie, już jesteś bezpieczny. To był tylko sen, nic się nie stało. Nie staraj się z nim walczyć, lepiej wyciągnij z niego jakąś naukę. Przyjmij wszystko, co życie ma do zaoferowania, tak, jakbyś unosił kielich ku górze, gdy ktoś rozlewa wino. A co z bólem? Ból to tylko przypomnienie, że wciąż żyjemy.
- W sumie nic ciekawego. Zabieram się za jakieś pisanie od kilku dni, ale coś nie mogę. Blokada.
- Widocznie musisz się dotlenić.
- No, na to wychodzi.
[...]
- Dwa czy elkę?
- Wolałbym dwa chyba.
- Dawaj, ogarnę elkę. Będzie git.
- Dobra, niech będzie.
Poprzedniej nocy miałem przyjemny koszmar. Spływająca po moim policzku krwawa łza oderwała się od skóry i wpadła do purpurowej kałuży. Spojrzałem w kierunku zmąconej tafli, a ta przedstawiła mi moje odbicie. Nie miałem na sobie żadnych włosów, zastąpiły je blizny od cięć brzytwy. Patrzyłem na siebie pustymi oczodołami, jakby moich oczu nigdy tam nie było. Jakbym nigdy prawdziwie nie widział. Uniosłem rękę w kierunku moich popękanych ust, po czym oderwałem swe wargi od twarzy, tak, jakbym zrywał folię z paczki papierosów. Obnażone zęby wykrzywione były w sztucznym, znerwicowanym uśmiechu.
Zapach palonego mięsa zaatakował moje nozdrza. Płomienie łakomie trawiły powierzchnie mojej skóry, węgląc tkanki i nadgryzając kości. Oglądałem moje obumierające komórki ze stoickim spokojem i ciekawością dziecka. Znudziwszy się jednak obserwacją, wstałem i nadal płonąc, udałem się na spacer.
Szedłem kwiecistą łąką, wypalając ścieżkę pod stopami. Nagle, na swojej drodze spotkałem potężne, pomarańczowe drzewo. Jego konary zdawały się wić kilometrami ku nieboskłonowi. Wokół pnia chodziła zapracowana dziewczyna, zbierając te z pomarańczy, które martwe spoczywały w trawie. Podniosła głowę i wpatrując w moją pozbawioną oczu twarz, uśmiechnęła się. Był to jeden z tych zwykłych uśmiechów, które serwujemy kelnerowi czy osobie, która przytrzymała dla nas drzwi, jednak coś w nim mnie zaintrygowało. Rozmarzyłem się w nim, słyszałem jak do mnie mówi: "Dotknij mnie. Nie swymi rękoma, jednak tak, abym cię poczuła. Przytul mnie. Nie swymi rękoma, lecz wnętrzem swojej duszy". Dziewczyna przyglądając mi się, przechyliła lekko głowę w lewą stronę niczym ciekawski pies. Sięgnęła do swego fartuszka dobywając dorodną pomarańczę i rzuciła mi owoc do rąk. Zapominając o trawiących mnie płomieniach, odruchowo ją złapałem, ta jednak pozostała nienaruszona. Zacisnąłem palce z niedowierzaniem na chropowatej skórce i mógłbym przysiąc, że czułem bijące w środku serce.
Po horyzoncie przetoczył się pokryty mchem kamień. Dziewczyna nie stała już przede mną ubrana w ubłocony fartuszek. Z jej ramion zwisała przewiewna sukienka. Biel była zdecydowanie jej kolorem, wyglądała w niej zjawiskowo. Patrząc na jej anielskie piękno i nieskazitelność, cieszyłem się z braku oczu oraz tego, że oczyszczający ogień wypalił już większość mojego grzechu. Nie zdzierżyłbym bowiem myśli, iż kalam ją swym nieczystym spojrzeniem. Na jej gładkiej twarzy znów zagościł uśmiech, tym razem jeszcze szerszy i prawdziwszy. Anielica odchyliła głowę do tyłu i rozłożyła swe ręce na boki. Skryte, pomiędzy liśćmi pomarańczowego drzewa, nuty rozbiegły się po niebie. Uderzały o siebie w podniebnym tańcu, wydając niewyobrażalne dźwięki. Nóż bowiem zaczyna śpiewać dopiero, gdy spotka się w ciosie z drugim. Powietrze wypełniło brzmienie skrzypiec. Piękna istota w białej sukni zaczęła obracać się i tańczyć z wyrazem błogości na twarzy. Tracąc z oczu jej uśmiech, traciłem zmysły. Szybko jednak odnajdowałem je ponownie. Ruszała się jak mała dziewczynka, bawiąca się przed domem, a przy niej sam czułem się jak dziecko. Poruszone jej bosymi stopami kwiaty zaczęły pylić, walcząc z odorem spalenizny. Mój świat poruszał się w rytm jej tańca.
Nagle, niebo rozdarło się na pół niczym przecięte nożem, a spomiędzy rozdarcia spłynął rzęsisty deszcz. Spoglądając na swe dłonie, z radością stwierdziłem, że zbawienne krople ugasiły otaczające mnie płomienie. Podniosłem szybko głowę w kierunku pięknego anioła, ledwo tłumiąc krzyk radości, szczęśliwy, że nareszcie mogę ją dotknąć. Przede mną stało jednak jedynie pomarańczowe drzewo, a ja nawet nie mogłem przypomnieć sobie jej twarzy. Tęsknota i poczucie utraty czegoś, czego nigdy nie miałem, raniło dotkliwiej od ognia. Coś, co umarło zanim się jeszcze urodziło, budziło smutek niczym dziecko poległe w łonie matki. To, co pozostało z mojej cielesnej powłoki wyło, a blizny zdawały się rozdzierać na nowo. Mój umysł zepchnął mnie do strasznej, ciemnej piwnicy, a ja byłem zbyt przerażony schodami żeby wyjść. Poczułem zimno i smak krwi na języku. Każdy mój oddech coraz bardziej zalewał płuca smołą, aż czerń pochłonęła mnie doszczętnie.
Obudziłem się z mojego przyjemnego koszmaru zlany potem. Serce galopowało mi w piersi jak oszalałe, chcąc wyrwać się z pomiędzy żeber. Usiadłem na skraju łóżka i starałem się ochłonąć, pomagając sobie sporym łykiem wody. Spokojnie, już jesteś bezpieczny. To był tylko sen, nic się nie stało. Nie staraj się z nim walczyć, lepiej wyciągnij z niego jakąś naukę. Przyjmij wszystko, co życie ma do zaoferowania, tak, jakbyś unosił kielich ku górze, gdy ktoś rozlewa wino. A co z bólem? Ból to tylko przypomnienie, że wciąż żyjemy.
niedziela, 3 lutego 2013
Jedni rzucają kości, inni je kruszą
- Zawiodłaś mnie.
- Czemu?
- Jakoś tak anemicznie dzisiaj. Nie mam żadnej satysfakcji z tej słownej przepychanki.
- Zbieram siły na ostateczne starcie.
- Za wysoko lecisz - zmysły tracisz.
- I o to chodzi, stary. Cztery wymiary.
- Ha ha, szacun.
Zgrzyt siarczanej głowy na drasce. Iskry, pędzone pierwotnym instynktem, rozbiegły się w popłochu. W panice, prowadzącej do bratobójczej walki o przetrwanie. Syk rozrywający serce ciszy. Woń spalenizny uniosła się w powietrzu, wraz z malutkimi wstążkami dymu, które zaplotły się w zanikający powoli warkocz. Taniec błędnego ognika na drewnianym torsie. W podrygującym monolicie płomienia można było dostrzec łypiące ślepia. A w nich obłęd. Obłęd... i obietnicę pożogi.
Wpatrując się dłużej w płową czuprynę na jego głowie, można by przysiąc, że ta jaśnieje z każdą sekundą. Nie łatwiej było określić kolor jego oczu. Barwa tęczówek oscylowała gdzieś pomiędzy błękitem a zimną szarością, niekiedy jednak, przez obraz przemykał zdradliwy odcień malachitu. Chłopiec miał jedno z tych spojrzeń, które czuć było pod skórą. Dawało ono wrażenie niemalże całkowitego obnażenia, z jedyną częścią garderoby utkaną z najskrytszych tajemnic. Ubrany był w jasnokremową piżamę, nakropioną czerwonymi i niebieskimi dinozaurami. Rękawy z pojedynczymi rozdarciami opadały na dziecięce dłonie pokryte szramami i ropiejącymi skaleczeniami. Kurz i sadza zasłaniały piegi na jego policzkach i nasadzie nosa.
Chłopczyk uśmiechnął się lekko, ukazując kilka brakujących zębów, po czym wdrapał się po prowizorycznie wykonanej drabince, do domku na drzewie. Bujna korona majestatycznego klonu z dumą i poświęceniem dawała oparcie pospiesznie skleconej konstrukcji. Było to jedyne miejsce, w którym choć był sam, nigdy nie czuł się samotny. Butny malec zbliżył się do masywnej, żeliwnej armaty stojącej na środku. Swą małą rączką delikatnie pogłaskał jej zgrabny korpus, od grona aż po wylot. Lufa wystawała przez specjalnie przygotowany otwór w jednej ze ścian. Chłopiec przecisnął głowę między zimnym metalem i nadłamaną deską. Wpatrywał się w gęstwinę drzew, wytężając bacznie wzrok. Potężne pnie rozsunęły się na boki, tak, jakby ich korzenie płynęły w glebie niczym w basenie. Rozstępujące się, pełne zielonych liści konary objawiły ceglany mur. Uśmiech znów przebiegł przez umorusaną buzię. Chłopiec cofnął głowę, ponownie chowając się do swojego drzewnego domu. Schyliwszy się, podniósł z ziemi okutą skrzynię. Po kolei wyjmował z niej brązowe kule, które następnie starannie wypełniał atramentem. Nie znał i nigdy nie używał żadnej, innej amunicji.
Owinięta w tłustą szmatę kula leżała wygodnie na poduszce z prochu. Jedna rączka malca powędrowała na panewkę, druga zaś, starała się wymacać w kieszeni piżamy paczkę zapałek. Kiedy w końcu ją znalazł, chłopczyk rozsunął opakowanie i ponownie spojrzał w kierunku ceglanej ściany. Wtedy jego oczy zaszły sztormem. Wzburzone morze szalało po tęczówkach, objawiając skrywaną za nimi historię. Stał w bezruchu, obecny jakby tylko ciałem. Gotów za wszelką cenę zrównać mur z ziemią. Mur, którego istnienia nie był do końca pewien. Kierowany zaciekłym buntem, którego powód był dla niego niejasny. Przygotowany, aby stoczyć wojnę dla możliwości spaceru po desce w świat, którego nie znał. Świat, na który nie był przygotowany. Burza w jego oczach rozpętała się na dobre. Wiedział, co musi zrobić, tak, jak gdyby to już się kiedyś wydarzyło. Przeciągnął ze zgrzytem siarczaną głowę po drasce. I ujrzał swe odbicie w płomieniu.
- Czemu?
- Jakoś tak anemicznie dzisiaj. Nie mam żadnej satysfakcji z tej słownej przepychanki.
- Zbieram siły na ostateczne starcie.
- Za wysoko lecisz - zmysły tracisz.
- I o to chodzi, stary. Cztery wymiary.
- Ha ha, szacun.
Zgrzyt siarczanej głowy na drasce. Iskry, pędzone pierwotnym instynktem, rozbiegły się w popłochu. W panice, prowadzącej do bratobójczej walki o przetrwanie. Syk rozrywający serce ciszy. Woń spalenizny uniosła się w powietrzu, wraz z malutkimi wstążkami dymu, które zaplotły się w zanikający powoli warkocz. Taniec błędnego ognika na drewnianym torsie. W podrygującym monolicie płomienia można było dostrzec łypiące ślepia. A w nich obłęd. Obłęd... i obietnicę pożogi.
Wpatrując się dłużej w płową czuprynę na jego głowie, można by przysiąc, że ta jaśnieje z każdą sekundą. Nie łatwiej było określić kolor jego oczu. Barwa tęczówek oscylowała gdzieś pomiędzy błękitem a zimną szarością, niekiedy jednak, przez obraz przemykał zdradliwy odcień malachitu. Chłopiec miał jedno z tych spojrzeń, które czuć było pod skórą. Dawało ono wrażenie niemalże całkowitego obnażenia, z jedyną częścią garderoby utkaną z najskrytszych tajemnic. Ubrany był w jasnokremową piżamę, nakropioną czerwonymi i niebieskimi dinozaurami. Rękawy z pojedynczymi rozdarciami opadały na dziecięce dłonie pokryte szramami i ropiejącymi skaleczeniami. Kurz i sadza zasłaniały piegi na jego policzkach i nasadzie nosa.
Chłopczyk uśmiechnął się lekko, ukazując kilka brakujących zębów, po czym wdrapał się po prowizorycznie wykonanej drabince, do domku na drzewie. Bujna korona majestatycznego klonu z dumą i poświęceniem dawała oparcie pospiesznie skleconej konstrukcji. Było to jedyne miejsce, w którym choć był sam, nigdy nie czuł się samotny. Butny malec zbliżył się do masywnej, żeliwnej armaty stojącej na środku. Swą małą rączką delikatnie pogłaskał jej zgrabny korpus, od grona aż po wylot. Lufa wystawała przez specjalnie przygotowany otwór w jednej ze ścian. Chłopiec przecisnął głowę między zimnym metalem i nadłamaną deską. Wpatrywał się w gęstwinę drzew, wytężając bacznie wzrok. Potężne pnie rozsunęły się na boki, tak, jakby ich korzenie płynęły w glebie niczym w basenie. Rozstępujące się, pełne zielonych liści konary objawiły ceglany mur. Uśmiech znów przebiegł przez umorusaną buzię. Chłopiec cofnął głowę, ponownie chowając się do swojego drzewnego domu. Schyliwszy się, podniósł z ziemi okutą skrzynię. Po kolei wyjmował z niej brązowe kule, które następnie starannie wypełniał atramentem. Nie znał i nigdy nie używał żadnej, innej amunicji.
Owinięta w tłustą szmatę kula leżała wygodnie na poduszce z prochu. Jedna rączka malca powędrowała na panewkę, druga zaś, starała się wymacać w kieszeni piżamy paczkę zapałek. Kiedy w końcu ją znalazł, chłopczyk rozsunął opakowanie i ponownie spojrzał w kierunku ceglanej ściany. Wtedy jego oczy zaszły sztormem. Wzburzone morze szalało po tęczówkach, objawiając skrywaną za nimi historię. Stał w bezruchu, obecny jakby tylko ciałem. Gotów za wszelką cenę zrównać mur z ziemią. Mur, którego istnienia nie był do końca pewien. Kierowany zaciekłym buntem, którego powód był dla niego niejasny. Przygotowany, aby stoczyć wojnę dla możliwości spaceru po desce w świat, którego nie znał. Świat, na który nie był przygotowany. Burza w jego oczach rozpętała się na dobre. Wiedział, co musi zrobić, tak, jak gdyby to już się kiedyś wydarzyło. Przeciągnął ze zgrzytem siarczaną głowę po drasce. I ujrzał swe odbicie w płomieniu.
Tagi:
armata,
chłopiec,
dzieciństwo,
mapecie opowieści,
mapet,
mapetowo,
mur,
ogień,
opowiadanie,
piżama w dinozaury,
uwędziwszy,
w kulach atrament
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)