środa, 15 stycznia 2014

Gdy płonie mały ognik, to nikt go nie gasi

- Widzisz, mam dwadzieścia lat, ciało pięćdziesięciolatka i umysł osiemdziesięcioletniego starca i chyba już nie mam czasu na przygody.
- Chyba masz, bo przygoda, którą dla nas szykuję jest raczej długodystansowa.




            Jej smak? Dla  mnie to jest ekstrakt marzeń, a marzyć, to wierzyć w to, co się wydarzy. Jej uśmiech? To fala gorąca, która mnie ogarnia za każdym razem, gdy mnie nim raczy. Dołeczki w policzkach, które są jak wystrzał nakazujący mojemu sercu bić. Czym są jej oczy? Oknem do przyszłości, która nie istnieje bez jej ciepła. Jej dłonie? Są jak kojący poparzoną duszę chłód. Jak uniwersalny lek na każde z moich schorzeń. Nie wiem czy kiedykolwiek się dowie, czy zrozumie, jak wiele dla mnie znaczy. Czy pojmie trudność w oddychaniu, którą odczuwam bez jej obecności. Zawsze chwaliłem sobie umiejętność przelewania doznań i obserwacji na papier, ale w tym przypadku ta zdolność kuleje. I drepcze tak nieporadnie starając się zapewnić ją o moich uczuciach. Lecz czym one tak naprawdę są? Czym są emocje, skoro pomimo tak szerokiej rozpiętości swego wachlarza zawsze oscylują wokół jej osoby. Czemu już nie mogę się śmiać czy płakać bez jej obrazu w głowie? Bo jak mam odczuwać coś, gdy moje serce wala się gdzieś pomiędzy jej szminką i tuszem w torebce? Zresztą, po co jej to wszystko, skoro i tak najpiękniejsza jest za każdym razem gdy się przy niej budzę. I jak mam uniknąć banału, który jest jedynym środkiem wyrażenia tej niecodziennej euforii, której wywołuje każde jej spojrzenie? Uwielbiam rozpływać się w momencie, w którym nareszcie nie potrzebuję żadnych odpowiedzi na te pytania, gdyż sam fakt ich stawiania mnie uszczęśliwia.
            Nie chcę już wygrywać kłótni, wolę je przegrać i zakończyć pocałunkiem. Nie chcę myśleć, skoro mam nie myśleć o niej. Nie chcę tworzyć, skoro mam tego nie robić dla niej. Wszystkie rzeczy, przed którymi tak usilnie się wzbraniałem i które tak bardzo mnie przerażały nagle stały się proste. Ba, nawet nie tyle proste, co przeze mnie wyczekiwane. Nie śni mi się już rezydencja Playboya, a biały welon i wystukujące Mendelsona kopyta. Już nawet przestałem walczyć z banałem i tak wykorzystałem swój limit zwycięstw jak na jedno istnienie, wygrywając jej miłość.
            Wyobraźcie sobie głodującego, który trzyma w ręce bochenek chleba, lecz nie ma odwagi go zjeść, gdyż uważa, że na niego nie zasługuje. Ślepego, który wreszcie zobaczył i boi się mrugnąć, żeby tego nie stracić. Tak zachowuję się każdego dnia, mając nadzieję, że moje wady jej nie zniechęcą, że moje prostackie oddanie wystarczy. Wiem, że jej serce jest zbyt dobre, żeby kiedykolwiek przyznać, że nie jestem dla niej wystarczająco dobry, ale jednocześnie przeraża mnie wiedza, że jest wystarczająco silna, aby pozbyć się ciążącego balastu. Stałem się więźniem zakochania i piewcą jej świetności, a każda chwila z nią w ramionach jest warta więcej niż cokolwiek innego. Naprawdę nie mam wiele do zaoferowania, ale każdego dnia mam nadzieję, że jakimś cudem to wystarczy. I będę walczył, gdyż złapałem skrę dającą sens życia i będę ją trzymał tak mocno, aż zbieleją mi knykcie.

sobota, 14 grudnia 2013

Arkadia w tęczówce

- Gdybyś mogła w tym momencie znaleźć się w dowolnym miejscu na świecie, to gdzie chciałabyś być?
- Ale z tobą czy sama?
- Obojętnie, bez znaczenia.
- Jeśli sama, to właśnie tutaj teraz z tobą.




            Świat trawi niekończąca się wojna. Każdy człowiek taszczy ze sobą swój własny arsenał śmiercionośnej broni. To może być karabin, bomba, długopis, tak samo jak myśl, słowo czy zdanie. Każda sylaba jest niezawodnym orężem, a dotkliwość ciosu zależna jest tylko od wprawy kata.
            Wyszczerbiona klinga sparowała nacierające na nią ostrze. Doświadczony szermierz intuicyjnie odskoczył po paradzie, zbierając pęd do wyprowadzenia kontrataku. Ciął od góry, przez policzek. Rozbryzg krwi dostał się do jego oczu, uniemożliwiając widzenie, zdając się zatem na instynkt przyklęknął i zamachnął się horyzontalnie. Brzeszczot napotkał opór, a znajomy chrzęst podpowiedział mu, że trafił tuż nad kolanem. Usłyszał rozrywający firmament wrzask i brzdęk upuszczanego oręża. Korzystając z okazji przetarł rękawem twarz, aby ujrzeć swojego wroga wyjącego z bólu, kurczowo trzymając rozbabrany złamaną kością mięsień. Szermierz cofnął się kilka kroków od tej groteskowej sceny, spojrzał na ostrze swojego bastarda i delikatnie przekręcił je w dłoni, pozwalając promieniowi słońca mrugnąć w jego stronę. Następnie z szybkością i gracją szlachetnego jelenia natarł na przeciwnika, po drodze rozpędzając oręż zwinnym młyńcem, aby wykonać cięcie na szyję. Krtań rannego praktycznie eksplodowała, tryskając strugą musującej krwi.
            Kiedy tylko karykaturalne bulgotanie konającego ustało, szermierz usłyszał kroki. Obrócił się delikatnie na pięcie i ujrzał z wolna kroczącą w jego stronę sylwetkę, ze spuszczonymi po dwóch stronach ciała puginałami. Ich spojrzenia zderzyły się ze sobą, a głownie broni postanowiły wziąć z nich przykład. Nie czekając na ruch napastnika szermierz zaatakował ukośnym cięciem, które zostało krzyżowo sparowane dwoma ostrzami. Oboje atakujący wycofali się i zamarli, trzymając gardy. Tym razem to dzierżący dwa miecze wymierzył pierwszy cios. Szermierz jednak bez problemu uniknął świszczących brzeszczotów i markując cięcie, uderzył kolczą rękawicą w podbrzusze przeciwnika. Ten zgiąwszy się w pół, przyjął dodatkowo cios głowicą rękojeści wprost w potylicę. Zamroczony upadł. Szermierz doskoczył do leżącego, kopnięciem odwrócił go na plecy i bez pardonu wbił sztych ostrza w serce. Ferwor walki wygłuszył w jego głowie odgłosy konania.
            Przeszywający ból sprawił, że oczy szermierza na moment zajęły się czernią. Osłabiony opadł na kolana, starał się uspokoić oddech i połączyć fakty. Puszczając miecz, sięgnął ręką za plecy w kierunku epicentrum bólu, jego dłoń natrafiła na drzewce bełtu. Grot wszedł w ciało tuż pod łopatką, zbyt niebezpieczne było jego wyciągnięcie. Kiedy tylko oszołomiony umysł szermierza zrozumiał, że zagrożenie jeszcze nie minęło, ten obejrzał się za siebie i spostrzegł naciągającego ponownie cięciwę strzelca. Pędzony wolą przeżycia chwycił leżącego obok bastarda i wspomagając się nim stanął na nogi. Uniósł miecz przed siebie i ledwo stawiając kroki, włóczył się w kierunku kusznika. Wiedział , że nie zdąży do niego dojść, jednak nie dopuszczał do myśli możliwości poddania się. Zacisnął więc zęby spychając ból na dalszy plan i szedł z podniesionym czołem w stronę swego oprawcy. Napastnik w końcu załadował bełt do kuszy, oparł kolbę o ramię i z wolna nacisnął spust. Świst pierzyska tnącego powietrze wygłuszył wszelkie inne bodźce w umyśle szermierza, a czas zdawał się zatrzymać. Oto właśnie zmierzała w jego stronę frunąca śmierć. I nie było już ratunku.
             Strzelec ostrożnie zbliżył się do okalającej ciało kałuży krwi. Starym nawykiem odkopnął leżący w martwej dłoni miecz. Bezimienny szermierz leżał w bezruchu, z wystającym z piersi bełtem. Udało mu się uniknąć śmierci z ręki najgroźniejszych zabójców, najwybitniejszych fechmistrzów, ciężkozbrojnych, konnych, żołnierzy i cywilów, a koniec końców, to podstępny kawałek drewna wyrwał ostatni oddech z jego ust. Kusznik przypatrywał się rozprutemu zewłokowi, kiedy nawiedziła go pewna myśl. Nie znał swojej ofiary ani powodu ich starcia. Rozejrzał się wokół siebie, niebo w jakiś obcy sposób zlewało się z horyzontem, tak, że nie mógł określić swojego położenia. Znów zwrócił wzrok ku martwemu, coś dziwnego pojawiło się na jego twarzy. Czy to mógł być uśmiech?
            Zapalniczka przestała obracać się w palcach, niedopałek wylądował za oknem, a ja zeskoczyłem z parapetu. Ile razy nie próbowałbym odegrać tej bitwy w głowie, to zawsze przegrywam, tym razem jednak wyjątkowo dobrze czułem się z porażką. Wiem już, że nie wygram z samym sobą i nie uda mi się dłużej powstrzymywać. Słowa doprawdy są największym orężem, a ja znalazłem się w miejscu, w którym mój pacyfizm dobiegł końca. Na moim czole pojawiła się kropla potu, knykcie u zaciśniętych pięści zbielały, a drgające usta bezdźwięcznie wypowiedziały: Kocham Cię.

wtorek, 3 grudnia 2013

Jakie to prawo jest kruche, skoro łamię je buchem

- Plazma 2?
- Hahahahahaha.
- Dobra, sory, stary.
- Nie, nie przepraszaj. W żadnym wypadku.
- Serio?
- Tak. Zajebiście się cieszę, że znamy się na tyle długo, że mogłeś to powiedzieć.





               Naprężam mięśnie, rozpędzam się... Jeb! Ściana. I nic nie spenetruje nieprzenikalnej zapory, która ściśle oplata moje sfery twórczości. Wena obiła mi ryj, wyczyściła portfel i zniknęła, tak, jak gdyby nigdy jej nie było. Mogę się starać, próbować, miotać się jak kuleczka w gwizdku, jednak nic z tego nie wyjdzie. Żadne ze spłodzonych przeze mnie zdań nie będzie tym jedynym. Słowa zgubią swój sens stojąc w niewłaściwym miejscu. Szukam natchnienia, lecz wszystko wydaje się miałkie i bezbarwne. A przecież tyle razy atakowało mnie szturmem. Desant ciężkich butów inspiracji wskakiwał mi na czaszkę, zalewając myślotokiem. Staram zgubić się w muzyce, odwzorować palcami kłótnię niskich tonów z wysokimi. Brak mi jednak środka, esencji. Utwory się kończą, a słów nie przybywa. Kolejne nuty znikają gdzieś w matni mojego własnego niezadowolenia. Lecz to wszystko to zbyt mało, by powstrzymać mnie od dalszych starań. Gdy ciężar niemożności spada na mnie z góry niczym grom, gruchocząc mi palce na krwawą miazgę, biorę długopis między zęby i piszę dalej. W głowie echem odbija mi się tekst Bisza: "Wciąż napierdalam syf na kartki jak Pollock, nie rozumieją mojej sztuki, niech się pierdolą". Mozolnie przebijam się przez czarną kurtynę twórczej blokady. Konsekwentnie uderzam w jeden punkt, starając się wykałaczką przeszyć betonowy mur. By w końcu dostrzec mały prześwit, delikatną perforację, w którą wbiję pięść, nie przyjmując do wiadomości własnych limitacji. Nieudolności, która uśmiecha się do mnie w paskudnie szydzący sposób. Nie wierzę w coś takiego jak talent, bo wszystko zaczyna się od refleksji i trudno przewidzieć gdzie skończy. Może się wdrapać na piedestał lub sczeznąć w śmietniku, tłamszona brakiem pewności siebie.
            Coś chyba musi być ze mną nie tak, skoro nadal wierzę, że w końcu mi się uda. Szaleństwo nigdy jednak nie opuściło mojej głowy. Towarzyszy mi od momentu rozpoczęcia dostrzegania pewnych rzeczy. Przeplata się pomiędzy każdą moją myślą, czyniąc mnie niepewnym, a te myśli wyjątkowymi. W każdym z nas drzemie doza szaleństwa, niektórzy po prostu dobrze ją ukrywają. Inni natomiast otwarcie się z nią obnoszą i wydaje mi się, że to właśnie ci mają moc motorową do napędzania świata. Do kreowania go pod ich własne szaleństwo. Nauczyłem się żyć ze słodkim smakiem mojego obłędu. Z jego ciepłymi objęciami. Nie umiem już chyba postrzegać rzeczy na sposób zwyczajny i wcale mi tego nie brakuje. Pogodziłem się i polubiłem moje zdziwaczenie. Zrozumiałem, że żadna linia nigdy nie będzie prostą, a świat wręcz roi się od karykaturalnych spirali. Życie to w pewien sposób niekończąca się droga donikąd.
            Grechuta pytał: Jak usłyszeć siebie, pośród śpiewu tłumu? Odpowiedzią jest wygłuszenie się na każdy obcy dźwięk. Zamknięcie we własnej bezpiecznej otchłani i robienie swojego, bo kiedy każdy chce być kimś, mi wystarcza bycie sobą. A czy to jest artysta, grafoman, przyjaciel czy degenerat, to nie ma to już znaczenia. Odpalam papierosa kontynuując rozmowę sprzed ponad ośmiu miesięcy, która nie straciła nic ze swego uroku. Potęga tego zjawiska pokrzepia mnie, pozwalając przełknąć łatwiej gorycz momentu, w którym odpalam znicz. Skoro kostucha już teraz upomina się o niebieskich ludzików w białych czapkach, ile czasu minie zanim przyjdzie po pluszowe pacynki z przestarzałym dowcipem?
            Dostrzegam wiązkę światełka zza czarnej ściany, a kącik moich ust mimowolnie się wykrzywia. Uwielbiam to uczucie, cóż mogę poradzić. Niezadowolonych odsyłam po wyjaśnienie do Bisza.

wtorek, 12 listopada 2013

Płaszczyzny siekające

- Czy możliwe jest żebyś zwątpił w swoje myśli?
- Co przez to rozumiesz?
- To proste. Czy kiedykolwiek poddałeś w wątpliwość, że to, co myślisz w danym momencie naprawdę wypływa od ciebie?
- A niby od kogo? Z tego co pamiętam to jestem jedyną osobą we własnej głowie.
- Skąd możesz mieć pewność? Siła sugestii jest nieobliczalna.
- No, tak. Sugestia jednak, czy to świadoma, czy podświadoma sama w sobie nie jest w stanie zaimplementować nowej myśli. To tylko drogowskaz.
- Co jednak, jeśli sugestia wypływa od ciebie samego?
- Jak to? Wtedy nie jest już ona sugestią.
- Zgadza się.
- Nie rozumiem.
- Spójrz na to w ten sposób. Kiedy ktoś ci coś radzi, czy sugeruje w twojej głowie pojawia się jakaś nowa idea, którą następnie weryfikujesz w odniesieniu do swoich upodobań, temperamentu, kodeksu moralnego i obecnego stanu. Wyobraź sobie teraz, że ta sama nowa idea ponownie wpłynęła ci do głowy. Tym razem, jednak, nie jesteś w stanie wyśledzić jej genezy. Instynktownie zatem przyjmujesz ją za własną. Co jeśli tak nie jest?
- Oczywiście, że mogę nie pamiętać, gdzie coś usłyszałem, czy zobaczyłem nawet do takiego stopnia, że zasłyszany w reklamie slogan uznam za własny pomysł. Tak działa podświadomość, nie ma w tym nic zdumiewającego.
- Nadal nie rozumiesz, chociaż jesteśmy już bliżej. Pozwól, że postaram ci się to w jakiś sposób zobrazować. Wybierz sobie w myślach liczbę od jednego do dziesięciu. Następnie głośno wyartykułuj ją swoim wewnętrznym głosem.
- No, mam.
- Usłyszałeś teraz w głowie brzmienie tej liczby, prawda?
- Oczywiście, tak działają myśli, czyż nie?
- Skupmy się tutaj na słowie: "usłyszałeś", ok? Przysiągłbyś, że usłyszałeś głos wypowiadający to słowo, tak samo jak przez całe swoje życie słyszałeś swoje myśli. Już jako dziecko, jak tylko zacząłeś składać jakieś fakty do kupy przyjąłeś ten głos za własny i była to bezsporna kwestia. Jednak czy jesteś w stanie tak naprawdę określić brzmienie tego głosu? Czy to w ogóle można nazwać dźwiękiem?
- Hmm, teraz jak tak to ująłeś, to nie jestem pewien. Ale, chwila, moment, przecież jestem w stanie przypomnieć sobie wokal z jakiegoś utworu, czy kwestie z filmu. Wtedy wyraźnie słyszę konkretny głos artysty.
- Tak, jednak jest to wyłącznie odtwórcza funkcja twojego umysłu. Kiedy sam starasz się kreować własne myśli, głos nie jest już taki wyraźny, jest jednolity i niezmienny przez lata, zgodzisz się?
- No, tak, to ten sam głos, który słyszę całe życie. Musi być mój.
- Jednak brzmienie twojego głosu zmieniało się na przestrzeni lat, prawda? Idąc tym tropem, twój wewnętrzny głos też powinien.
- Może i faktycznie trochę się zmienia, nie pamiętam dokładnie.
- A może na siłę starasz się mu nadać ten dźwięk, a przecież myśl nie musi być dźwiękiem, to tylko impuls w twoim ciele, nie wiele inny od tego ruszającego twoimi rękoma, czy odpowiedzialnego za oddychanie. Starając się jednak sprowadzić wszystko do rzeczy znanych, sam narzucasz sobie głos, który zdaje się te myśli odczytywać w twojej głowie. Co więcej, mianujesz siebie tym lektorem. Jednak to tylko złudzenie. Myśli nie mają dźwięków.
- Sam już nie wiem, może i masz trochę racji. Ale chyba wszyscy tak robią, prawda? To normalna sprawa. Do czego dążysz?
- Dążę do tego, że wierzysz i ufasz sobie najbardziej ze wszystkich istot na ziemi. Wierzysz we własne słowa, bardziej niż w inne. Tak samo wierzysz w swoje myśli, gdyż słyszysz je w swojej głowie jako jedyny i wiesz, że wypływają od ciebie. Jednak to nie jest twój głos. Skąd zatem pewność, że te myśli są naprawdę twoje?
- Chcesz powiedzieć, że ktoś wsadza mi myśli do głowy? Że każe mi myśleć to, co myślę i robić to, co robię?
- Nie, nie, nic takiego nie powiedziałem. Pytałem tylko, czy możesz mieć pewność, że tak nie jest. Czy teraz, kiedy wiesz, że dźwięk twych myśli jest tylko urojony, byłbyś w stanie odróżnić własną myśl od cudzej?
- Nadal uważam, że tak. Tylko ja myślę w pewien konkretny sposób.
- Ale czy to na pewno jesteś ty?
- Tak, tak! Nie mogę poddać tego w wątpliwość. Kiedy straciłbym pewność własnych myśli, straciłbym siebie. Straciłbym wszystko, łącznie z wolą walki o zmianę. To najgorsze, co mogłoby się stać. Mam pewność kim jestem.
- Za późno. Ta wątpliwość już w tobie narosła. Zaczyna cię powoli zjadać od środka.
- O czym ty mówisz?! Przecież właśnie ci powiedziałem, że tak nie jest!
- Przykro mi, to po prostu właśnie do ciebie dociera.
- Jak to?! Co przez to rozumiesz?!
- Przecież ty z nikim nie rozmawiasz.

środa, 16 października 2013

Kraterowy wilk, brat

- Stary, jestem pewien tego, co widziałem.
- Ja pierdolę, to niemożliwe. Stojący akurat w tym konkretnym miejscu, o tej konkretnej porze, w tak konkretnej pozie? Nawet głupi pies jest już nieprawdopodobny. Najpewniej nic tam nie było, zobaczyłeś kilka suchych liści i paczkę petów, a resztę sobie wysrałeś.
- Nie. To był wilk.





            Wyrzucone przez nozdrza powietrze zamarło mu przed pyskiem. Oddech był nierówny, poszarpany wysiłkiem. Niezliczone były bowiem kilometry, jakie przesunęły się pod poduszkami na jego łapach. Drobinki lodu, skrystalizowane na pojedynczych włóknach wąsów, drgały targane pracą płuc. Ciepło wydechu prowadziło zaciętą walkę z nieprzerwanym chłodem nocy. Para wszechwidzących oczu odbijała księżycowe światło, emanując niebieskością. Masyw biało-brunatnej sierści zdawał się nieporuszony, oderwany od doczesności, ze zrozumieniem sięgającym poza nasze sfery poznawania. Nadciągały jednak kroki. Kroki skąpane w piekącym język fetorze strachu.
            Odwróć się na pięcie i biegnij, nie masz przecież szans. Bicie twojego przerażonego serca będzie fanfarą wśród świty na cześć jego przybycia. Czujesz jak asfalt ugina się pod twymi stopami? Jak lęk wygina ci kolana w niewłaściwą stronę? Zbaczasz z drogi, która zaszła cieniem paranoi. Nie wiesz już dokąd biec. Żadne schronienie nie wydaje ci się dostatecznie bezpiecznie, a żaden przebyty dystans wystarczająco daleki. Oczy zaszły ci bielmem nowo narodzonego szaleństwa. Nie uciekniesz mu, czas odejść jak mężczyzna. Zatrzymaj się i walcz!
            Stał tam. Tak, jak gdyby ucieczka przed nim nigdy nie miała miejsca. Przyglądał się bacznie, z ciekawością dziecka, zastygniętej sylwetce niedoszłego zbiega. Ich spojrzenia zbiegły się na moment, który śmiało mógł być wiecznością. Zdrętwiałe od przerażenia mięśnie człowieczka, z wolna odtajały. Jego umysł zaszedł niepokojącą wręcz klarownością, posmakiem której było uczucie majestatu i zniewalającego respektu. Jakimś paradoksalnie nieswoim sposobem poczuł się lepiej, dojrzalej. Dostrzegł gdzieś na horyzoncie swojej świadomości kształt, który wydawał się ostrzejszy z każdą sekundą, aż nagle stał się oczywisty. A kiedy już go zobaczył, zrozumienie przyszło samo.
            Spod fałdu skórnego na pysku błysnęły kły. Gest ten jednak nie niósł ze sobą gniewu. Czy możliwe, że to był uśmiech? Nogi człowieczka drgnęły. Pędzone jakąś niezrozumiałą, niewidzialną siłą, poczęły kroczyć w kierunku podniosłej, futrzanej sylwetki. Podeszwy jego butów stąpały praktycznie bezdźwięcznie, tak, jakby lewitował. Kiedy znalazł się już na tyle blisko, że mógł poczuć ciepło oddechu na swojej twarzy, jego kolana ugięły się, a on uklęknął. Wszystko zdawało się być abstrakcyjnie niedorzeczne, lecz zarazem doskonale jasne. Opuścił głowę pod naporem majestatu, a powieki same opadły, niczym kurtyna kończąca spektakl. Ogarnęło go uczucie spełnienia i natchnienia, skąpane w eterycznej opończy tajemnicy. Podniósł wzrok, lecz zastał jedynie pustkę. Klęczał na środku asfaltowej drogi, sam pośród wszechobecnej nocy. Towarzyszył mu jedynie nieporadny taniec, na przemian gasnących latarni. Zrozumienie jednak już nigdy nie opuściło jego głowy.
            To wilk jest naszym królem. Nie wierzysz? Spójrz na jego koronę kłów.

środa, 8 maja 2013

42

- A jak tam, stary, z twoją teczką?
- Nie dzisiaj, ziom. Nie dzisiaj.
- Ale powiedz mi, że jeszcze tego nie zjebałeś.
- No, jeszcze nie.
- Jeszcze? Czyli ile masz czasu?
- Stary, mówiłem - nie dzisiaj.
- Ok. Ale jutro, dobra?
- Spoko, spoko. Tylko, że jutro znów będzie dzisiaj.




             Nie mogę się odezwać. Moje usta są pełne krwi. Funkcjonuję na granicy niebytu, idąc wzdłuż cienkiej linii, granicy między jawą a snem, która zdaje się zanikać. Czy jest coś poza mną i moimi myślami? Osoby, które spotykam każdego dnia zdają się być przerysowane. Czy możliwe, że je wymyśliłem? Boję się podnieść oczy i spojrzeć na swoje słowa. Zgubiłem się gdzieś pomiędzy fantazją a zimną niczym stal rzeczywistością. No, dalej, spójrz na to, co napisałeś. Serio? Dalej będziesz zachowywał się jak dziecko? Dobrze wiesz, że strach dyktował ci warunki całe życie. Ale przecież strach jest dobry, prawda? Sam już nie wiem. Kiedy raz zwątpisz we własne myśli, nie ma już odwrotu. Czy naprawę tak uważam czy już pogubiłem się w swoich kłamstwach? Tak długo przekonywałem się do danego poglądu, że nie wiem już czy szczerze w niego wierzę. Czuję dreszcze i dziwne uczucie ciężkości. Chorobę bez przyczyny, z objawami, które sam stworzyłem. Czy mój organizm może dawać mi jakieś znaki? Podświadomość wykręca mi flaki bym przyznał jak źle ze mną jest. Tej kurwie pewnie wszystko się układa. Pięty nie mogą znieść już ciężaru mojej głowy. Zabawne wydaje się lepienie słów nie mając wglądu w duży obrazek. Nie wiem nawet jaki mam kolor włosów czy oczu, skąd mam wiedzieć co robić? Dziecko tkwiące we mnie, na które wielokrotnie starałem się przerzucić piętno winy, już odeszło. Czy naprawdę wbrew wszystkiemu co chciałem i myślałem w końcu dorosłem? Brakuje mi drugiej osoby, a jednocześnie pławię się w swojej samotności. Nic nigdy nie było dla mnie tak ważne jak niezależność. Zbyt wiele razy widziałem, co jest w stanie osiągnąć mój mózg, bym nagle przestał w niego wierzyć. Jednak gdzie jest ta pierdolona ambicja? Poszła z dymem, stary. Z dymem.
            Trzask. Uciekaj mały szczurku, biegnij w swoim kółeczku. Szybciej, szybciej! Podążaj za swym zdradliwym węchem, goń zapachy niczym dziecko bańki mydlane. Czujesz tę krew, szczurku? Spójrz na swoje łapy. Tak, to wszystko twoj dzieło. Biegnij i szukaj, łap i zabijaj. Jak to jest, że każda istota na ziemi dokładnie wie co ma robić poza tobą? Ptaki wiedzą kiedy odlecieć na południe. Mały, najmniejszy z owadów wie, gdzie się udać po pożywienie, jak przetrwać. Pozostawiony na pustyni skorpion znajduje wszystko, co mu potrzebne. Noworodek obejmuje ustami matczyną pierś i pędzony instynktem ssie życiodajne mleko. Jakim cudem ty gubisz się we własnej głowie? Nawet pierdolony plankton wie co ma robić, a ty nie. Biegasz na oślep, mały szczurku. Ciągnie cię do krwi, żywisz się cudzymi porażkami, chłoniesz niepowodzenia. Lewa przed prawą, po kościach, po czaszkach i już jesteś na szczycie. To tylko miraże. Ziemia zaczyna trząść się pod twoimi łapkami. Zapadasz się. I już jest zimniej i już jest ciemniej. I znów pachnie krwią. Czujesz? To musi być gdzieś w tamtym kierunku. Biegnij. Biegnij, szczurku! Cały czas przed siebie, cały czas do końca. Walcz i atakuj, rozrywaj i pożeraj. Twoja droga nigdy się nie skończy. W kole bowiem nie ma ślepych uliczek. Dopóki biegniesz - przegrasz, szczurku. Ale skąd miałbyś to wiedzieć?
            I znów krew zalepia mi oczy. Jest jej tak dużo, że można poczuć ją na języku. Lalka patrzy się na mnie swymi szklanymi oczętami. Czy ktoś zostawił ją tutaj naumyślnie? W ciemności wszystko wydaje się złowrogie. Jej naderwany kubraczek szeleści targany przez wiatr. Księżyc zdaje się wzmagać wszelkie dźwięki niczym megafon. Nie wiem czy ciągle pada, czy po prostu wciąż jestem mokry. Ale chyba od tego się zaczęło, czyż nie? Wszystko narodziło się w deszczu, tak trwa i pewnie tak też sczeźnie. Ogień, deszcz i krew - z nich powstałem. Gdyż nie ma dymu bez ognia, nie ma uśmiechu bez krwi i nie ma słońca bez deszczu. O słońce, tyle razy spoglądałem w twym kierunku zastanawiając się czy ktoś kryje się w twych promieniach. Rozmyślając czy ktoś z góry odpowiada mi spojrzeniem. Świetlisty tron jednak stoi pusty, płonącogrzywe rumaki rozbiegły się po firmamencie, zostawiając rydwan w niełasce. Wtedy zrozumiałem, że to, co się liczy najbardziej, to właśnie mój prywatny wszechświat. Wszechświat, który nie istniał zanim się narodziłem i po którym nie pozostanie już nic, gdy odejdę. Pomimo, a może właśnie dzięki, jego niedoskonałościom i szczerej prostocie jego istnienia wiem, że oddałbym życie, aby go ocalić. Sam jestem panem swego życia i bogiem swojego prywatnego wszechświata. Nie szukam już nikogo w słońcu, teraz wystarczy mi lustro. Znalazłem odpowiedź i mówię to dumnie - jestem sam potrójnie.

poniedziałek, 6 maja 2013

Żyjemy w świecie, w którym to ogon merda psem

- Tylko nic nie kombinuj!
- Ja nic nie kombinuję. Nie jestem kombinatorem, nie jestem takim typem człowieka. Jestem prostym ziomem.
- Słucham?
- Prostym ziomem.


     


          Niesforny zefir trącił gałęzie. Listki zadrżały od podmuchu, wydając złowrogi świst. Księżycowa łuna oblała korony drzew, fałszywie wyostrzając kontury. W powietrzu dało się czuć zapach żywicznych szyszek, a pomiędzy nim odór złych decyzji i poległych idei. Czy wszystko nie potoczyłoby się inaczej, gdyby przyjąć to za zły omen?
          Trzy małe wiewióreczki siedziały beztrosko na nadpsutym próchnicą konarze. Jedna z nich grzebała łapkami gdzieś pomiędzy swą puszystą kitą. Dwie pozostałe spoglądały z uwagą i wyczekaniem na jej poczynania. Ukradkiem łypały na najbliższe otoczenie, starając się spenetrować wzrokiem nieprzeniknioną ciemność. Gdyby stać bliżej nich, można by dosłyszeć się lekkiej sprzeczki poszarpanej śmiechem i dokazywaniem. Był to jeden z tych nic nie wznoszących wieczorów, powietrze jednak było w jakiś sposób podejrzanie gęste. Nagle małe, rude uszko nastroszyło się w niepokoju. Z pyszczka spełzł uśmiech, niczym strużka rozgrzanego wosku ze świeczki. Synapsy zostały zbombardowane gromem rozszalałych impulsów. Było już jednak za późno.
          Błysk lamp wiewiórczego gestapo zgwałcił brutalnie korony drzew, obnażając nawet najdrobniejsze niedoskonałości kory. Dwie wielkie, czarne wiewióry wyłoniły się z otchłani nocy, materializując się na spróchniałym konarze. Temperatura spadła gwałtownie, dobrze poniżej zera, mrożąc łyka w listkach. Rude kity stanęły dęba, dygocząc ze strachu i zimna. Złowrogie postacie ze służbistym drygiem zajęły się przeczesywaniem otoczenia. Bez trudu znaleźli pół orzeszka ziemnego leżącego tuż przy przerażonych wiewióreczkach. Ich chłodne ślepia rozbłysły jakąś chorą satysfakcją. Od razu zabrały trzem ofiarom ich dowody gryzoniowe, po czym zabrały się za indywidualne, wnikliwe przetrzepywanie futerek. Nie znaleźli nic więcej poza paroma łupinami. Jednak im nadal było mało. Zaczęli ujadać pyskami w furii, wyrzucali z siebie pytania zmieszane z pianą. Pytali nawet o jakieś inne, twardsze orzechy, tak, jakby te trzy Bogu ducha winne, rude istotki wyglądały na pistacjonistów. Straszyli je, że jeżeli żadna z nich się nie przyzna, to wszystkie trzy wylądują zaraz w ich kwaterze, gdzie zrobią im z kit jesień, czy tam zimę, jakiegoś człowiecza. Wiewióreczka, która przez cały czas siedziała cicho z boku, w przypływie futrzanej solidarności uniosła niepewnie swój pyszczek i powiedziała, że to jej orzeszek. Bezduszni gestapowcy doskoczyli do niej w oszalałym podnieceniu, wykręcając jej łapki za grzbiet i mocno krępując wikliną. Ich opętane ślepia zwróciły się w kierunku pozostałej dwójki, a pyski szczeknęły coś niezrozumiałego. Zabrawszy podejrzanego zniknęli w odmętach ciemności, tak nagle, jak się pojawili, pozostawiając dwie pary antracytowych oczek zawieszonych na nieistniejącym już punkcie.
          Widzicie te korony drzew ciągnące się ku horyzontowi? To wszystko kiedyś będzie wasze, małe wiewióreczki. Czy to kiedyś już nastało? Nadchodzą kolejne szczeble w drabinie, nie pozwólmy więc dłużej gnić naszym racjom w bagnie. Pora wyciągnąć kłody spod nóg. Łączmy się i kłębmy, wiewiórze siostry i bracia. Niech nasza siła rozbłyśnie setką tysięcy płomieni, gdyż czas małych ogników już przeminął. Śpieszmy się jednak, zanim paranoja wpełźnie w nasze życia. I zagnieździ się w nich na dobre.