- Stary, jest teraz pierwsza z kawałkiem. W domu będziemy gdzieś o pierwszej trzydzieści, no z kawałkiem. Siadamy i piszemy, ja swoje, a ty swoje.
- No dobra, tylko, że ja nie mam tutaj mikrofonu.
- To nic, piszesz i robisz magika. Zadzwonisz do mnie i mi to polecisz.
- Ok.
Utarło się gdzieś w ułomnych słownikach ludzkich stwierdzenie, że kobiety pragną bardziej. Niezatarty przez dzieje stereotyp złego, okrutnika jako mężczyzny w kontraście z nieskazitelną niewiastą. I tak od wieków stajemy w szranki z tym zaśniedziałym poglądem, musząc udowadniać, że tak nie jest. Wymaga się od nas wiele, rzadko doceniając tak naprawdę za cokolwiek. Nikt nie podaje wytycznych chłopcu do tego, w jaki sposób powinien dorosnąć. Odczuwa on jedynie piętno oczekiwań, a przed sobą widzi krętą, pełną trudu, niezrozumiałą ścieżkę. I to właśnie przeprawa przez nią, czyni go mężczyzną.
Mroczna gęstwina krępowała ruchy niewielkich nóżek chłopczyka w piżamie w dinozaury. Głód wraz z wyziębieniem walczyły o miano bardziej doskwierającego. Można by pomyśleć, że po pewnym czasie człowiek jest w stanie przyzwyczaić się do przerażenia, przemóc je. Nic bardziej mylnego. Zakorzenione w psychice uczucie strachu jest jak trucizna, której nie sposób wyplenić z organizmu.
Błądzące po omacku drobne rączki starały się odgarniać chaszcze na boki, chociażby w minimalny sposób ułatwiając przeprawę. Wysokie trawy podnosiły się natychmiastowo po przydeptaniu przez bose stópki, boleśnie dezorientując. Ostre źdźbła haratały powierzchnie dłoni, nie pozwalając wcześniejszym ranom się zasklepić. Niewidzące oczy już dawno zapomniały o rarytasie, jakim jest światło. Odór gwałcący nozdrza nie ustępował ani na moment. Nagle na bębenki uszu natarł przeraźliwy skowyt.
Chłopięce ciało zdrętwiało. Każde włókno mięśni zastygło w bezruchu. Oddech ugrzązł w płucach, nie chcąc chociażby na chwilę zdradzić swojej obecności. Panika chwyciła żołądek w mocny uścisk, puszczając w niepamięć uczucie głodu. Tkwił tak w nasłuchiwaniu, które zdawało się być wiecznością. Jednak to, czego się tak lękał nie nadchodziło. Cisza była obrzydliwą torturą. Napięcie wywoływało chęć wymiotów. Po chwili, która równie dobrze mogła być godziną, chłopiec pozwolił sobie na wydech i rozluźnienie. Padł na kolana, zaskoczony tym, jak ciało odmówiło mu posłuszeństwa. Wiedział jednak, że odpoczynek był luksusem, na który nie mógł sobie pozwolić. Wstał, po czym zaczął iść dalej.
W drodze poprzez bezkres nie widać żadnego światełka, zwiastującego koniec podróży. Nie ma namacalnego celu, do którego można dążyć. Próżno też szukać drogowskazów czy wytycznych. Jedynym kompasem jest intuicja, której igła bywa omylna. Musimy wierzyć w słuszność podejmowanych wyborów, choć wiele z nich jest fotografiami, na wywołanie których możemy czekać nawet latami. Cóż jednak poradzić? Niektóre drogi nie posiadają skrótów.
We wszystkim tkwi jakaś historia. Postaram się dotrzeć do niektórych z nich, czasem bardziej sukcesywnie, czasem mniej. Mam natomiast nadzieję, że konsekwentnie. Czego możecie się tutaj spodziewać? Powiem wam szczerze, że sam jeszcze nie wiem.
poniedziałek, 19 maja 2014
niedziela, 18 maja 2014
Narodziny burzy
Jesteś wolny, ale wolność to nie zawsze brak bólu,
Czasem brak bólu ciągnie nas w dół, do ogółu.
Nie wiem, kurwa, w których wierzysz królów,
Czy masz swój gust, czy Twój gust to ślad czyichś butów.
Nawiń na szpulę nić swych myśli. Skrupulatnie i ostrożnie, tak aby się nie przerwała. Następnie powstałą przędzę przelej do szklanki, nie przejmując się, że to niemożliwe. Płyn wlej delikatnie do doniczki. Obserwuj, jak ku górze pną się w zawrotnym tempie niewielkie łodyżki kabli. Jak z pąków wykwitają małe żaróweczki. Wykręć je z gwintów i zamocuj w suficie. Spójrz jak rozlśniewają. Twój własny, tętniący życiem, gwiazdozbiór pomysłów. Przyjrzyj się biciu serc tych malutkich słońc. I poczekaj aż, któreś zapikuje.
Końcówki ognistych włosów zajęły się czernią. Zbity niczym pocisk nie brał niczego za przeszkodę. Spopielając wszystko, co stanęło mu na drodze, parł naprzód. Przed jego oczami migały klatki obrazów, składających się na kolejne dni. Krajobrazy monotonii, smutku, radości, absurdu i groteski. Żalu i wściekłości, zawodów i marzeń. Snów i pragnień. Leciał jak torpeda, coraz niżej. Już widać chmury. I coraz goręcej. Coraz ogniściej. Eksplozja.
Wszyscy podnieśli głowy w stronę nieba. Każda pojedyncza dusza obserwowała jak z popielnego deszczu rozpościera swe skrzydła gorejący feniks. Pomimo oślepiającego blasku, nikt nie był w stanie odwrócić wzroku. Stali zauroczeni jego majestatem. Topiące powietrze pióra były dla nich siłą i wolnością. Drobiny popiołu sklejały rzęsy gapiów, bieliły im czupryny. Ognisty bóg zataczał nad nimi koła, głosząc niemą nowinę swojego powrotu. Zamykał usta niedowiarkom, otwierał oczy ślepcom. Podniebne odrodzenie nadziei.
Niektórzy twierdzą, że taki proces śmiało można zmieścić w trzech dniach. Ptaki jednak nigdy nie należały do specjalnie nadgorliwych istot. Szczególnie te ognistowłose, nie sposób przewidzieć ścieżki, którą podążą. Lubią delektować się każdą sekundą swojego lotu. Gromadzić przemyślenia oraz kąpać w nich swe skrzydła. Ich flegmatyzm jednak, jest swoistym preludium, obiecującym odpowiedni zryw, gdy przyjdzie na niego pora. One same nie zaprzątają sobie głowy planami, miłują się bowiem w zaskakiwaniu samych siebie. Cechuje je wytrwałość, nawet pomimo licznych zboczeń z trasy. Nie zwykły ustępować.
Żadna blizna pod moimi skrzydłami nigdy nie zostanie zapomniana. Chciałbym uważać, że budują one po części mój charakter. Trudno nazwać go złożonym. Zgnieciony opisuje go o wiele lepiej, biorąc pod uwagę niezdarność rąk, które go kształtują. Taka moja kula z poplamionej atramentem kartki. Wielokrotnie rozwijana i zwijana, wystawiana na wszelakie próby, z których czas okazał się tą najbardziej wymagającą. Miejscami przypalona, gdzieniegdzie już przetarta, jednak wciąż o ostrych krańcach.
Kim jestem? Nazwij mnie siewcą wiatru, piewcą wolności. Patrz jak zbieram plony burzy. Nie zapominaj jednak, że jestem szaleńcem. Klucznikiem w banku odpowiedzi. Powiernikiem serca. Możesz nazwać mnie wieloma imionami, jeden jednak fakt pozostanie niezmienny. Spójrz do góry, już pada popiołem.
Czasem brak bólu ciągnie nas w dół, do ogółu.
Nie wiem, kurwa, w których wierzysz królów,
Czy masz swój gust, czy Twój gust to ślad czyichś butów.
Nawiń na szpulę nić swych myśli. Skrupulatnie i ostrożnie, tak aby się nie przerwała. Następnie powstałą przędzę przelej do szklanki, nie przejmując się, że to niemożliwe. Płyn wlej delikatnie do doniczki. Obserwuj, jak ku górze pną się w zawrotnym tempie niewielkie łodyżki kabli. Jak z pąków wykwitają małe żaróweczki. Wykręć je z gwintów i zamocuj w suficie. Spójrz jak rozlśniewają. Twój własny, tętniący życiem, gwiazdozbiór pomysłów. Przyjrzyj się biciu serc tych malutkich słońc. I poczekaj aż, któreś zapikuje.
Końcówki ognistych włosów zajęły się czernią. Zbity niczym pocisk nie brał niczego za przeszkodę. Spopielając wszystko, co stanęło mu na drodze, parł naprzód. Przed jego oczami migały klatki obrazów, składających się na kolejne dni. Krajobrazy monotonii, smutku, radości, absurdu i groteski. Żalu i wściekłości, zawodów i marzeń. Snów i pragnień. Leciał jak torpeda, coraz niżej. Już widać chmury. I coraz goręcej. Coraz ogniściej. Eksplozja.
Wszyscy podnieśli głowy w stronę nieba. Każda pojedyncza dusza obserwowała jak z popielnego deszczu rozpościera swe skrzydła gorejący feniks. Pomimo oślepiającego blasku, nikt nie był w stanie odwrócić wzroku. Stali zauroczeni jego majestatem. Topiące powietrze pióra były dla nich siłą i wolnością. Drobiny popiołu sklejały rzęsy gapiów, bieliły im czupryny. Ognisty bóg zataczał nad nimi koła, głosząc niemą nowinę swojego powrotu. Zamykał usta niedowiarkom, otwierał oczy ślepcom. Podniebne odrodzenie nadziei.
Niektórzy twierdzą, że taki proces śmiało można zmieścić w trzech dniach. Ptaki jednak nigdy nie należały do specjalnie nadgorliwych istot. Szczególnie te ognistowłose, nie sposób przewidzieć ścieżki, którą podążą. Lubią delektować się każdą sekundą swojego lotu. Gromadzić przemyślenia oraz kąpać w nich swe skrzydła. Ich flegmatyzm jednak, jest swoistym preludium, obiecującym odpowiedni zryw, gdy przyjdzie na niego pora. One same nie zaprzątają sobie głowy planami, miłują się bowiem w zaskakiwaniu samych siebie. Cechuje je wytrwałość, nawet pomimo licznych zboczeń z trasy. Nie zwykły ustępować.
Żadna blizna pod moimi skrzydłami nigdy nie zostanie zapomniana. Chciałbym uważać, że budują one po części mój charakter. Trudno nazwać go złożonym. Zgnieciony opisuje go o wiele lepiej, biorąc pod uwagę niezdarność rąk, które go kształtują. Taka moja kula z poplamionej atramentem kartki. Wielokrotnie rozwijana i zwijana, wystawiana na wszelakie próby, z których czas okazał się tą najbardziej wymagającą. Miejscami przypalona, gdzieniegdzie już przetarta, jednak wciąż o ostrych krańcach.
Kim jestem? Nazwij mnie siewcą wiatru, piewcą wolności. Patrz jak zbieram plony burzy. Nie zapominaj jednak, że jestem szaleńcem. Klucznikiem w banku odpowiedzi. Powiernikiem serca. Możesz nazwać mnie wieloma imionami, jeden jednak fakt pozostanie niezmienny. Spójrz do góry, już pada popiołem.
Tagi:
burza,
feniks,
mapecie opowieści,
mapetowo,
narodziny,
odrodzenie,
ogień,
opowiadanie,
popiół,
ptak,
rover,
siewca wiatru,
sranie w banie,
wolność.
środa, 15 stycznia 2014
Gdy płonie mały ognik, to nikt go nie gasi
- Widzisz, mam dwadzieścia lat, ciało pięćdziesięciolatka i umysł osiemdziesięcioletniego starca i chyba już nie mam czasu na przygody.
- Chyba masz, bo przygoda, którą dla nas szykuję jest raczej długodystansowa.
Jej smak? Dla mnie to jest ekstrakt marzeń, a marzyć, to wierzyć w to, co się wydarzy. Jej uśmiech? To fala gorąca, która mnie ogarnia za każdym razem, gdy mnie nim raczy. Dołeczki w policzkach, które są jak wystrzał nakazujący mojemu sercu bić. Czym są jej oczy? Oknem do przyszłości, która nie istnieje bez jej ciepła. Jej dłonie? Są jak kojący poparzoną duszę chłód. Jak uniwersalny lek na każde z moich schorzeń. Nie wiem czy kiedykolwiek się dowie, czy zrozumie, jak wiele dla mnie znaczy. Czy pojmie trudność w oddychaniu, którą odczuwam bez jej obecności. Zawsze chwaliłem sobie umiejętność przelewania doznań i obserwacji na papier, ale w tym przypadku ta zdolność kuleje. I drepcze tak nieporadnie starając się zapewnić ją o moich uczuciach. Lecz czym one tak naprawdę są? Czym są emocje, skoro pomimo tak szerokiej rozpiętości swego wachlarza zawsze oscylują wokół jej osoby. Czemu już nie mogę się śmiać czy płakać bez jej obrazu w głowie? Bo jak mam odczuwać coś, gdy moje serce wala się gdzieś pomiędzy jej szminką i tuszem w torebce? Zresztą, po co jej to wszystko, skoro i tak najpiękniejsza jest za każdym razem gdy się przy niej budzę. I jak mam uniknąć banału, który jest jedynym środkiem wyrażenia tej niecodziennej euforii, której wywołuje każde jej spojrzenie? Uwielbiam rozpływać się w momencie, w którym nareszcie nie potrzebuję żadnych odpowiedzi na te pytania, gdyż sam fakt ich stawiania mnie uszczęśliwia.
Nie chcę już wygrywać kłótni, wolę je przegrać i zakończyć pocałunkiem. Nie chcę myśleć, skoro mam nie myśleć o niej. Nie chcę tworzyć, skoro mam tego nie robić dla niej. Wszystkie rzeczy, przed którymi tak usilnie się wzbraniałem i które tak bardzo mnie przerażały nagle stały się proste. Ba, nawet nie tyle proste, co przeze mnie wyczekiwane. Nie śni mi się już rezydencja Playboya, a biały welon i wystukujące Mendelsona kopyta. Już nawet przestałem walczyć z banałem i tak wykorzystałem swój limit zwycięstw jak na jedno istnienie, wygrywając jej miłość.
Wyobraźcie sobie głodującego, który trzyma w ręce bochenek chleba, lecz nie ma odwagi go zjeść, gdyż uważa, że na niego nie zasługuje. Ślepego, który wreszcie zobaczył i boi się mrugnąć, żeby tego nie stracić. Tak zachowuję się każdego dnia, mając nadzieję, że moje wady jej nie zniechęcą, że moje prostackie oddanie wystarczy. Wiem, że jej serce jest zbyt dobre, żeby kiedykolwiek przyznać, że nie jestem dla niej wystarczająco dobry, ale jednocześnie przeraża mnie wiedza, że jest wystarczająco silna, aby pozbyć się ciążącego balastu. Stałem się więźniem zakochania i piewcą jej świetności, a każda chwila z nią w ramionach jest warta więcej niż cokolwiek innego. Naprawdę nie mam wiele do zaoferowania, ale każdego dnia mam nadzieję, że jakimś cudem to wystarczy. I będę walczył, gdyż złapałem skrę dającą sens życia i będę ją trzymał tak mocno, aż zbieleją mi knykcie.
- Chyba masz, bo przygoda, którą dla nas szykuję jest raczej długodystansowa.
Jej smak? Dla mnie to jest ekstrakt marzeń, a marzyć, to wierzyć w to, co się wydarzy. Jej uśmiech? To fala gorąca, która mnie ogarnia za każdym razem, gdy mnie nim raczy. Dołeczki w policzkach, które są jak wystrzał nakazujący mojemu sercu bić. Czym są jej oczy? Oknem do przyszłości, która nie istnieje bez jej ciepła. Jej dłonie? Są jak kojący poparzoną duszę chłód. Jak uniwersalny lek na każde z moich schorzeń. Nie wiem czy kiedykolwiek się dowie, czy zrozumie, jak wiele dla mnie znaczy. Czy pojmie trudność w oddychaniu, którą odczuwam bez jej obecności. Zawsze chwaliłem sobie umiejętność przelewania doznań i obserwacji na papier, ale w tym przypadku ta zdolność kuleje. I drepcze tak nieporadnie starając się zapewnić ją o moich uczuciach. Lecz czym one tak naprawdę są? Czym są emocje, skoro pomimo tak szerokiej rozpiętości swego wachlarza zawsze oscylują wokół jej osoby. Czemu już nie mogę się śmiać czy płakać bez jej obrazu w głowie? Bo jak mam odczuwać coś, gdy moje serce wala się gdzieś pomiędzy jej szminką i tuszem w torebce? Zresztą, po co jej to wszystko, skoro i tak najpiękniejsza jest za każdym razem gdy się przy niej budzę. I jak mam uniknąć banału, który jest jedynym środkiem wyrażenia tej niecodziennej euforii, której wywołuje każde jej spojrzenie? Uwielbiam rozpływać się w momencie, w którym nareszcie nie potrzebuję żadnych odpowiedzi na te pytania, gdyż sam fakt ich stawiania mnie uszczęśliwia.
Nie chcę już wygrywać kłótni, wolę je przegrać i zakończyć pocałunkiem. Nie chcę myśleć, skoro mam nie myśleć o niej. Nie chcę tworzyć, skoro mam tego nie robić dla niej. Wszystkie rzeczy, przed którymi tak usilnie się wzbraniałem i które tak bardzo mnie przerażały nagle stały się proste. Ba, nawet nie tyle proste, co przeze mnie wyczekiwane. Nie śni mi się już rezydencja Playboya, a biały welon i wystukujące Mendelsona kopyta. Już nawet przestałem walczyć z banałem i tak wykorzystałem swój limit zwycięstw jak na jedno istnienie, wygrywając jej miłość.
Wyobraźcie sobie głodującego, który trzyma w ręce bochenek chleba, lecz nie ma odwagi go zjeść, gdyż uważa, że na niego nie zasługuje. Ślepego, który wreszcie zobaczył i boi się mrugnąć, żeby tego nie stracić. Tak zachowuję się każdego dnia, mając nadzieję, że moje wady jej nie zniechęcą, że moje prostackie oddanie wystarczy. Wiem, że jej serce jest zbyt dobre, żeby kiedykolwiek przyznać, że nie jestem dla niej wystarczająco dobry, ale jednocześnie przeraża mnie wiedza, że jest wystarczająco silna, aby pozbyć się ciążącego balastu. Stałem się więźniem zakochania i piewcą jej świetności, a każda chwila z nią w ramionach jest warta więcej niż cokolwiek innego. Naprawdę nie mam wiele do zaoferowania, ale każdego dnia mam nadzieję, że jakimś cudem to wystarczy. I będę walczył, gdyż złapałem skrę dającą sens życia i będę ją trzymał tak mocno, aż zbieleją mi knykcie.
sobota, 14 grudnia 2013
Arkadia w tęczówce
- Gdybyś mogła w tym momencie znaleźć się w dowolnym miejscu na świecie, to gdzie chciałabyś być?
- Ale z tobą czy sama?
- Obojętnie, bez znaczenia.
- Jeśli sama, to właśnie tutaj teraz z tobą.
Świat trawi niekończąca się wojna. Każdy człowiek taszczy ze sobą swój własny arsenał śmiercionośnej broni. To może być karabin, bomba, długopis, tak samo jak myśl, słowo czy zdanie. Każda sylaba jest niezawodnym orężem, a dotkliwość ciosu zależna jest tylko od wprawy kata.
Wyszczerbiona klinga sparowała nacierające na nią ostrze. Doświadczony szermierz intuicyjnie odskoczył po paradzie, zbierając pęd do wyprowadzenia kontrataku. Ciął od góry, przez policzek. Rozbryzg krwi dostał się do jego oczu, uniemożliwiając widzenie, zdając się zatem na instynkt przyklęknął i zamachnął się horyzontalnie. Brzeszczot napotkał opór, a znajomy chrzęst podpowiedział mu, że trafił tuż nad kolanem. Usłyszał rozrywający firmament wrzask i brzdęk upuszczanego oręża. Korzystając z okazji przetarł rękawem twarz, aby ujrzeć swojego wroga wyjącego z bólu, kurczowo trzymając rozbabrany złamaną kością mięsień. Szermierz cofnął się kilka kroków od tej groteskowej sceny, spojrzał na ostrze swojego bastarda i delikatnie przekręcił je w dłoni, pozwalając promieniowi słońca mrugnąć w jego stronę. Następnie z szybkością i gracją szlachetnego jelenia natarł na przeciwnika, po drodze rozpędzając oręż zwinnym młyńcem, aby wykonać cięcie na szyję. Krtań rannego praktycznie eksplodowała, tryskając strugą musującej krwi.
Kiedy tylko karykaturalne bulgotanie konającego ustało, szermierz usłyszał kroki. Obrócił się delikatnie na pięcie i ujrzał z wolna kroczącą w jego stronę sylwetkę, ze spuszczonymi po dwóch stronach ciała puginałami. Ich spojrzenia zderzyły się ze sobą, a głownie broni postanowiły wziąć z nich przykład. Nie czekając na ruch napastnika szermierz zaatakował ukośnym cięciem, które zostało krzyżowo sparowane dwoma ostrzami. Oboje atakujący wycofali się i zamarli, trzymając gardy. Tym razem to dzierżący dwa miecze wymierzył pierwszy cios. Szermierz jednak bez problemu uniknął świszczących brzeszczotów i markując cięcie, uderzył kolczą rękawicą w podbrzusze przeciwnika. Ten zgiąwszy się w pół, przyjął dodatkowo cios głowicą rękojeści wprost w potylicę. Zamroczony upadł. Szermierz doskoczył do leżącego, kopnięciem odwrócił go na plecy i bez pardonu wbił sztych ostrza w serce. Ferwor walki wygłuszył w jego głowie odgłosy konania.
Przeszywający ból sprawił, że oczy szermierza na moment zajęły się czernią. Osłabiony opadł na kolana, starał się uspokoić oddech i połączyć fakty. Puszczając miecz, sięgnął ręką za plecy w kierunku epicentrum bólu, jego dłoń natrafiła na drzewce bełtu. Grot wszedł w ciało tuż pod łopatką, zbyt niebezpieczne było jego wyciągnięcie. Kiedy tylko oszołomiony umysł szermierza zrozumiał, że zagrożenie jeszcze nie minęło, ten obejrzał się za siebie i spostrzegł naciągającego ponownie cięciwę strzelca. Pędzony wolą przeżycia chwycił leżącego obok bastarda i wspomagając się nim stanął na nogi. Uniósł miecz przed siebie i ledwo stawiając kroki, włóczył się w kierunku kusznika. Wiedział , że nie zdąży do niego dojść, jednak nie dopuszczał do myśli możliwości poddania się. Zacisnął więc zęby spychając ból na dalszy plan i szedł z podniesionym czołem w stronę swego oprawcy. Napastnik w końcu załadował bełt do kuszy, oparł kolbę o ramię i z wolna nacisnął spust. Świst pierzyska tnącego powietrze wygłuszył wszelkie inne bodźce w umyśle szermierza, a czas zdawał się zatrzymać. Oto właśnie zmierzała w jego stronę frunąca śmierć. I nie było już ratunku.
Strzelec ostrożnie zbliżył się do okalającej ciało kałuży krwi. Starym nawykiem odkopnął leżący w martwej dłoni miecz. Bezimienny szermierz leżał w bezruchu, z wystającym z piersi bełtem. Udało mu się uniknąć śmierci z ręki najgroźniejszych zabójców, najwybitniejszych fechmistrzów, ciężkozbrojnych, konnych, żołnierzy i cywilów, a koniec końców, to podstępny kawałek drewna wyrwał ostatni oddech z jego ust. Kusznik przypatrywał się rozprutemu zewłokowi, kiedy nawiedziła go pewna myśl. Nie znał swojej ofiary ani powodu ich starcia. Rozejrzał się wokół siebie, niebo w jakiś obcy sposób zlewało się z horyzontem, tak, że nie mógł określić swojego położenia. Znów zwrócił wzrok ku martwemu, coś dziwnego pojawiło się na jego twarzy. Czy to mógł być uśmiech?
Zapalniczka przestała obracać się w palcach, niedopałek wylądował za oknem, a ja zeskoczyłem z parapetu. Ile razy nie próbowałbym odegrać tej bitwy w głowie, to zawsze przegrywam, tym razem jednak wyjątkowo dobrze czułem się z porażką. Wiem już, że nie wygram z samym sobą i nie uda mi się dłużej powstrzymywać. Słowa doprawdy są największym orężem, a ja znalazłem się w miejscu, w którym mój pacyfizm dobiegł końca. Na moim czole pojawiła się kropla potu, knykcie u zaciśniętych pięści zbielały, a drgające usta bezdźwięcznie wypowiedziały: Kocham Cię.
- Ale z tobą czy sama?
- Obojętnie, bez znaczenia.
- Jeśli sama, to właśnie tutaj teraz z tobą.
Świat trawi niekończąca się wojna. Każdy człowiek taszczy ze sobą swój własny arsenał śmiercionośnej broni. To może być karabin, bomba, długopis, tak samo jak myśl, słowo czy zdanie. Każda sylaba jest niezawodnym orężem, a dotkliwość ciosu zależna jest tylko od wprawy kata.
Wyszczerbiona klinga sparowała nacierające na nią ostrze. Doświadczony szermierz intuicyjnie odskoczył po paradzie, zbierając pęd do wyprowadzenia kontrataku. Ciął od góry, przez policzek. Rozbryzg krwi dostał się do jego oczu, uniemożliwiając widzenie, zdając się zatem na instynkt przyklęknął i zamachnął się horyzontalnie. Brzeszczot napotkał opór, a znajomy chrzęst podpowiedział mu, że trafił tuż nad kolanem. Usłyszał rozrywający firmament wrzask i brzdęk upuszczanego oręża. Korzystając z okazji przetarł rękawem twarz, aby ujrzeć swojego wroga wyjącego z bólu, kurczowo trzymając rozbabrany złamaną kością mięsień. Szermierz cofnął się kilka kroków od tej groteskowej sceny, spojrzał na ostrze swojego bastarda i delikatnie przekręcił je w dłoni, pozwalając promieniowi słońca mrugnąć w jego stronę. Następnie z szybkością i gracją szlachetnego jelenia natarł na przeciwnika, po drodze rozpędzając oręż zwinnym młyńcem, aby wykonać cięcie na szyję. Krtań rannego praktycznie eksplodowała, tryskając strugą musującej krwi.
Kiedy tylko karykaturalne bulgotanie konającego ustało, szermierz usłyszał kroki. Obrócił się delikatnie na pięcie i ujrzał z wolna kroczącą w jego stronę sylwetkę, ze spuszczonymi po dwóch stronach ciała puginałami. Ich spojrzenia zderzyły się ze sobą, a głownie broni postanowiły wziąć z nich przykład. Nie czekając na ruch napastnika szermierz zaatakował ukośnym cięciem, które zostało krzyżowo sparowane dwoma ostrzami. Oboje atakujący wycofali się i zamarli, trzymając gardy. Tym razem to dzierżący dwa miecze wymierzył pierwszy cios. Szermierz jednak bez problemu uniknął świszczących brzeszczotów i markując cięcie, uderzył kolczą rękawicą w podbrzusze przeciwnika. Ten zgiąwszy się w pół, przyjął dodatkowo cios głowicą rękojeści wprost w potylicę. Zamroczony upadł. Szermierz doskoczył do leżącego, kopnięciem odwrócił go na plecy i bez pardonu wbił sztych ostrza w serce. Ferwor walki wygłuszył w jego głowie odgłosy konania.
Przeszywający ból sprawił, że oczy szermierza na moment zajęły się czernią. Osłabiony opadł na kolana, starał się uspokoić oddech i połączyć fakty. Puszczając miecz, sięgnął ręką za plecy w kierunku epicentrum bólu, jego dłoń natrafiła na drzewce bełtu. Grot wszedł w ciało tuż pod łopatką, zbyt niebezpieczne było jego wyciągnięcie. Kiedy tylko oszołomiony umysł szermierza zrozumiał, że zagrożenie jeszcze nie minęło, ten obejrzał się za siebie i spostrzegł naciągającego ponownie cięciwę strzelca. Pędzony wolą przeżycia chwycił leżącego obok bastarda i wspomagając się nim stanął na nogi. Uniósł miecz przed siebie i ledwo stawiając kroki, włóczył się w kierunku kusznika. Wiedział , że nie zdąży do niego dojść, jednak nie dopuszczał do myśli możliwości poddania się. Zacisnął więc zęby spychając ból na dalszy plan i szedł z podniesionym czołem w stronę swego oprawcy. Napastnik w końcu załadował bełt do kuszy, oparł kolbę o ramię i z wolna nacisnął spust. Świst pierzyska tnącego powietrze wygłuszył wszelkie inne bodźce w umyśle szermierza, a czas zdawał się zatrzymać. Oto właśnie zmierzała w jego stronę frunąca śmierć. I nie było już ratunku.
Strzelec ostrożnie zbliżył się do okalającej ciało kałuży krwi. Starym nawykiem odkopnął leżący w martwej dłoni miecz. Bezimienny szermierz leżał w bezruchu, z wystającym z piersi bełtem. Udało mu się uniknąć śmierci z ręki najgroźniejszych zabójców, najwybitniejszych fechmistrzów, ciężkozbrojnych, konnych, żołnierzy i cywilów, a koniec końców, to podstępny kawałek drewna wyrwał ostatni oddech z jego ust. Kusznik przypatrywał się rozprutemu zewłokowi, kiedy nawiedziła go pewna myśl. Nie znał swojej ofiary ani powodu ich starcia. Rozejrzał się wokół siebie, niebo w jakiś obcy sposób zlewało się z horyzontem, tak, że nie mógł określić swojego położenia. Znów zwrócił wzrok ku martwemu, coś dziwnego pojawiło się na jego twarzy. Czy to mógł być uśmiech?
Zapalniczka przestała obracać się w palcach, niedopałek wylądował za oknem, a ja zeskoczyłem z parapetu. Ile razy nie próbowałbym odegrać tej bitwy w głowie, to zawsze przegrywam, tym razem jednak wyjątkowo dobrze czułem się z porażką. Wiem już, że nie wygram z samym sobą i nie uda mi się dłużej powstrzymywać. Słowa doprawdy są największym orężem, a ja znalazłem się w miejscu, w którym mój pacyfizm dobiegł końca. Na moim czole pojawiła się kropla potu, knykcie u zaciśniętych pięści zbielały, a drgające usta bezdźwięcznie wypowiedziały: Kocham Cię.
wtorek, 3 grudnia 2013
Jakie to prawo jest kruche, skoro łamię je buchem
- Plazma 2?
- Hahahahahaha.
- Dobra, sory, stary.
- Nie, nie przepraszaj. W żadnym wypadku.
- Serio?
- Tak. Zajebiście się cieszę, że znamy się na tyle długo, że mogłeś to powiedzieć.
Naprężam mięśnie, rozpędzam się... Jeb! Ściana. I nic nie spenetruje nieprzenikalnej zapory, która ściśle oplata moje sfery twórczości. Wena obiła mi ryj, wyczyściła portfel i zniknęła, tak, jak gdyby nigdy jej nie było. Mogę się starać, próbować, miotać się jak kuleczka w gwizdku, jednak nic z tego nie wyjdzie. Żadne ze spłodzonych przeze mnie zdań nie będzie tym jedynym. Słowa zgubią swój sens stojąc w niewłaściwym miejscu. Szukam natchnienia, lecz wszystko wydaje się miałkie i bezbarwne. A przecież tyle razy atakowało mnie szturmem. Desant ciężkich butów inspiracji wskakiwał mi na czaszkę, zalewając myślotokiem. Staram zgubić się w muzyce, odwzorować palcami kłótnię niskich tonów z wysokimi. Brak mi jednak środka, esencji. Utwory się kończą, a słów nie przybywa. Kolejne nuty znikają gdzieś w matni mojego własnego niezadowolenia. Lecz to wszystko to zbyt mało, by powstrzymać mnie od dalszych starań. Gdy ciężar niemożności spada na mnie z góry niczym grom, gruchocząc mi palce na krwawą miazgę, biorę długopis między zęby i piszę dalej. W głowie echem odbija mi się tekst Bisza: "Wciąż napierdalam syf na kartki jak Pollock, nie rozumieją mojej sztuki, niech się pierdolą". Mozolnie przebijam się przez czarną kurtynę twórczej blokady. Konsekwentnie uderzam w jeden punkt, starając się wykałaczką przeszyć betonowy mur. By w końcu dostrzec mały prześwit, delikatną perforację, w którą wbiję pięść, nie przyjmując do wiadomości własnych limitacji. Nieudolności, która uśmiecha się do mnie w paskudnie szydzący sposób. Nie wierzę w coś takiego jak talent, bo wszystko zaczyna się od refleksji i trudno przewidzieć gdzie skończy. Może się wdrapać na piedestał lub sczeznąć w śmietniku, tłamszona brakiem pewności siebie.
Coś chyba musi być ze mną nie tak, skoro nadal wierzę, że w końcu mi się uda. Szaleństwo nigdy jednak nie opuściło mojej głowy. Towarzyszy mi od momentu rozpoczęcia dostrzegania pewnych rzeczy. Przeplata się pomiędzy każdą moją myślą, czyniąc mnie niepewnym, a te myśli wyjątkowymi. W każdym z nas drzemie doza szaleństwa, niektórzy po prostu dobrze ją ukrywają. Inni natomiast otwarcie się z nią obnoszą i wydaje mi się, że to właśnie ci mają moc motorową do napędzania świata. Do kreowania go pod ich własne szaleństwo. Nauczyłem się żyć ze słodkim smakiem mojego obłędu. Z jego ciepłymi objęciami. Nie umiem już chyba postrzegać rzeczy na sposób zwyczajny i wcale mi tego nie brakuje. Pogodziłem się i polubiłem moje zdziwaczenie. Zrozumiałem, że żadna linia nigdy nie będzie prostą, a świat wręcz roi się od karykaturalnych spirali. Życie to w pewien sposób niekończąca się droga donikąd.
Grechuta pytał: Jak usłyszeć siebie, pośród śpiewu tłumu? Odpowiedzią jest wygłuszenie się na każdy obcy dźwięk. Zamknięcie we własnej bezpiecznej otchłani i robienie swojego, bo kiedy każdy chce być kimś, mi wystarcza bycie sobą. A czy to jest artysta, grafoman, przyjaciel czy degenerat, to nie ma to już znaczenia. Odpalam papierosa kontynuując rozmowę sprzed ponad ośmiu miesięcy, która nie straciła nic ze swego uroku. Potęga tego zjawiska pokrzepia mnie, pozwalając przełknąć łatwiej gorycz momentu, w którym odpalam znicz. Skoro kostucha już teraz upomina się o niebieskich ludzików w białych czapkach, ile czasu minie zanim przyjdzie po pluszowe pacynki z przestarzałym dowcipem?
Dostrzegam wiązkę światełka zza czarnej ściany, a kącik moich ust mimowolnie się wykrzywia. Uwielbiam to uczucie, cóż mogę poradzić. Niezadowolonych odsyłam po wyjaśnienie do Bisza.
- Hahahahahaha.
- Dobra, sory, stary.
- Nie, nie przepraszaj. W żadnym wypadku.
- Serio?
- Tak. Zajebiście się cieszę, że znamy się na tyle długo, że mogłeś to powiedzieć.
Naprężam mięśnie, rozpędzam się... Jeb! Ściana. I nic nie spenetruje nieprzenikalnej zapory, która ściśle oplata moje sfery twórczości. Wena obiła mi ryj, wyczyściła portfel i zniknęła, tak, jak gdyby nigdy jej nie było. Mogę się starać, próbować, miotać się jak kuleczka w gwizdku, jednak nic z tego nie wyjdzie. Żadne ze spłodzonych przeze mnie zdań nie będzie tym jedynym. Słowa zgubią swój sens stojąc w niewłaściwym miejscu. Szukam natchnienia, lecz wszystko wydaje się miałkie i bezbarwne. A przecież tyle razy atakowało mnie szturmem. Desant ciężkich butów inspiracji wskakiwał mi na czaszkę, zalewając myślotokiem. Staram zgubić się w muzyce, odwzorować palcami kłótnię niskich tonów z wysokimi. Brak mi jednak środka, esencji. Utwory się kończą, a słów nie przybywa. Kolejne nuty znikają gdzieś w matni mojego własnego niezadowolenia. Lecz to wszystko to zbyt mało, by powstrzymać mnie od dalszych starań. Gdy ciężar niemożności spada na mnie z góry niczym grom, gruchocząc mi palce na krwawą miazgę, biorę długopis między zęby i piszę dalej. W głowie echem odbija mi się tekst Bisza: "Wciąż napierdalam syf na kartki jak Pollock, nie rozumieją mojej sztuki, niech się pierdolą". Mozolnie przebijam się przez czarną kurtynę twórczej blokady. Konsekwentnie uderzam w jeden punkt, starając się wykałaczką przeszyć betonowy mur. By w końcu dostrzec mały prześwit, delikatną perforację, w którą wbiję pięść, nie przyjmując do wiadomości własnych limitacji. Nieudolności, która uśmiecha się do mnie w paskudnie szydzący sposób. Nie wierzę w coś takiego jak talent, bo wszystko zaczyna się od refleksji i trudno przewidzieć gdzie skończy. Może się wdrapać na piedestał lub sczeznąć w śmietniku, tłamszona brakiem pewności siebie.
Coś chyba musi być ze mną nie tak, skoro nadal wierzę, że w końcu mi się uda. Szaleństwo nigdy jednak nie opuściło mojej głowy. Towarzyszy mi od momentu rozpoczęcia dostrzegania pewnych rzeczy. Przeplata się pomiędzy każdą moją myślą, czyniąc mnie niepewnym, a te myśli wyjątkowymi. W każdym z nas drzemie doza szaleństwa, niektórzy po prostu dobrze ją ukrywają. Inni natomiast otwarcie się z nią obnoszą i wydaje mi się, że to właśnie ci mają moc motorową do napędzania świata. Do kreowania go pod ich własne szaleństwo. Nauczyłem się żyć ze słodkim smakiem mojego obłędu. Z jego ciepłymi objęciami. Nie umiem już chyba postrzegać rzeczy na sposób zwyczajny i wcale mi tego nie brakuje. Pogodziłem się i polubiłem moje zdziwaczenie. Zrozumiałem, że żadna linia nigdy nie będzie prostą, a świat wręcz roi się od karykaturalnych spirali. Życie to w pewien sposób niekończąca się droga donikąd.
Grechuta pytał: Jak usłyszeć siebie, pośród śpiewu tłumu? Odpowiedzią jest wygłuszenie się na każdy obcy dźwięk. Zamknięcie we własnej bezpiecznej otchłani i robienie swojego, bo kiedy każdy chce być kimś, mi wystarcza bycie sobą. A czy to jest artysta, grafoman, przyjaciel czy degenerat, to nie ma to już znaczenia. Odpalam papierosa kontynuując rozmowę sprzed ponad ośmiu miesięcy, która nie straciła nic ze swego uroku. Potęga tego zjawiska pokrzepia mnie, pozwalając przełknąć łatwiej gorycz momentu, w którym odpalam znicz. Skoro kostucha już teraz upomina się o niebieskich ludzików w białych czapkach, ile czasu minie zanim przyjdzie po pluszowe pacynki z przestarzałym dowcipem?
Dostrzegam wiązkę światełka zza czarnej ściany, a kącik moich ust mimowolnie się wykrzywia. Uwielbiam to uczucie, cóż mogę poradzić. Niezadowolonych odsyłam po wyjaśnienie do Bisza.
wtorek, 12 listopada 2013
Płaszczyzny siekające
- Czy możliwe jest żebyś zwątpił w swoje myśli?
- Co przez to rozumiesz?
- To proste. Czy kiedykolwiek poddałeś w wątpliwość, że to, co myślisz w danym momencie naprawdę wypływa od ciebie?
- A niby od kogo? Z tego co pamiętam to jestem jedyną osobą we własnej głowie.
- Skąd możesz mieć pewność? Siła sugestii jest nieobliczalna.
- No, tak. Sugestia jednak, czy to świadoma, czy podświadoma sama w sobie nie jest w stanie zaimplementować nowej myśli. To tylko drogowskaz.
- Co jednak, jeśli sugestia wypływa od ciebie samego?
- Jak to? Wtedy nie jest już ona sugestią.
- Zgadza się.
- Nie rozumiem.
- Spójrz na to w ten sposób. Kiedy ktoś ci coś radzi, czy sugeruje w twojej głowie pojawia się jakaś nowa idea, którą następnie weryfikujesz w odniesieniu do swoich upodobań, temperamentu, kodeksu moralnego i obecnego stanu. Wyobraź sobie teraz, że ta sama nowa idea ponownie wpłynęła ci do głowy. Tym razem, jednak, nie jesteś w stanie wyśledzić jej genezy. Instynktownie zatem przyjmujesz ją za własną. Co jeśli tak nie jest?
- Oczywiście, że mogę nie pamiętać, gdzie coś usłyszałem, czy zobaczyłem nawet do takiego stopnia, że zasłyszany w reklamie slogan uznam za własny pomysł. Tak działa podświadomość, nie ma w tym nic zdumiewającego.
- Nadal nie rozumiesz, chociaż jesteśmy już bliżej. Pozwól, że postaram ci się to w jakiś sposób zobrazować. Wybierz sobie w myślach liczbę od jednego do dziesięciu. Następnie głośno wyartykułuj ją swoim wewnętrznym głosem.
- No, mam.
- Usłyszałeś teraz w głowie brzmienie tej liczby, prawda?
- Oczywiście, tak działają myśli, czyż nie?
- Skupmy się tutaj na słowie: "usłyszałeś", ok? Przysiągłbyś, że usłyszałeś głos wypowiadający to słowo, tak samo jak przez całe swoje życie słyszałeś swoje myśli. Już jako dziecko, jak tylko zacząłeś składać jakieś fakty do kupy przyjąłeś ten głos za własny i była to bezsporna kwestia. Jednak czy jesteś w stanie tak naprawdę określić brzmienie tego głosu? Czy to w ogóle można nazwać dźwiękiem?
- Hmm, teraz jak tak to ująłeś, to nie jestem pewien. Ale, chwila, moment, przecież jestem w stanie przypomnieć sobie wokal z jakiegoś utworu, czy kwestie z filmu. Wtedy wyraźnie słyszę konkretny głos artysty.
- Tak, jednak jest to wyłącznie odtwórcza funkcja twojego umysłu. Kiedy sam starasz się kreować własne myśli, głos nie jest już taki wyraźny, jest jednolity i niezmienny przez lata, zgodzisz się?
- No, tak, to ten sam głos, który słyszę całe życie. Musi być mój.
- Jednak brzmienie twojego głosu zmieniało się na przestrzeni lat, prawda? Idąc tym tropem, twój wewnętrzny głos też powinien.
- Może i faktycznie trochę się zmienia, nie pamiętam dokładnie.
- A może na siłę starasz się mu nadać ten dźwięk, a przecież myśl nie musi być dźwiękiem, to tylko impuls w twoim ciele, nie wiele inny od tego ruszającego twoimi rękoma, czy odpowiedzialnego za oddychanie. Starając się jednak sprowadzić wszystko do rzeczy znanych, sam narzucasz sobie głos, który zdaje się te myśli odczytywać w twojej głowie. Co więcej, mianujesz siebie tym lektorem. Jednak to tylko złudzenie. Myśli nie mają dźwięków.
- Sam już nie wiem, może i masz trochę racji. Ale chyba wszyscy tak robią, prawda? To normalna sprawa. Do czego dążysz?
- Dążę do tego, że wierzysz i ufasz sobie najbardziej ze wszystkich istot na ziemi. Wierzysz we własne słowa, bardziej niż w inne. Tak samo wierzysz w swoje myśli, gdyż słyszysz je w swojej głowie jako jedyny i wiesz, że wypływają od ciebie. Jednak to nie jest twój głos. Skąd zatem pewność, że te myśli są naprawdę twoje?
- Chcesz powiedzieć, że ktoś wsadza mi myśli do głowy? Że każe mi myśleć to, co myślę i robić to, co robię?
- Nie, nie, nic takiego nie powiedziałem. Pytałem tylko, czy możesz mieć pewność, że tak nie jest. Czy teraz, kiedy wiesz, że dźwięk twych myśli jest tylko urojony, byłbyś w stanie odróżnić własną myśl od cudzej?
- Nadal uważam, że tak. Tylko ja myślę w pewien konkretny sposób.
- Ale czy to na pewno jesteś ty?
- Tak, tak! Nie mogę poddać tego w wątpliwość. Kiedy straciłbym pewność własnych myśli, straciłbym siebie. Straciłbym wszystko, łącznie z wolą walki o zmianę. To najgorsze, co mogłoby się stać. Mam pewność kim jestem.
- Za późno. Ta wątpliwość już w tobie narosła. Zaczyna cię powoli zjadać od środka.
- O czym ty mówisz?! Przecież właśnie ci powiedziałem, że tak nie jest!
- Przykro mi, to po prostu właśnie do ciebie dociera.
- Jak to?! Co przez to rozumiesz?!
- Przecież ty z nikim nie rozmawiasz.
- Co przez to rozumiesz?
- To proste. Czy kiedykolwiek poddałeś w wątpliwość, że to, co myślisz w danym momencie naprawdę wypływa od ciebie?
- A niby od kogo? Z tego co pamiętam to jestem jedyną osobą we własnej głowie.
- Skąd możesz mieć pewność? Siła sugestii jest nieobliczalna.
- No, tak. Sugestia jednak, czy to świadoma, czy podświadoma sama w sobie nie jest w stanie zaimplementować nowej myśli. To tylko drogowskaz.
- Co jednak, jeśli sugestia wypływa od ciebie samego?
- Jak to? Wtedy nie jest już ona sugestią.
- Zgadza się.
- Nie rozumiem.
- Spójrz na to w ten sposób. Kiedy ktoś ci coś radzi, czy sugeruje w twojej głowie pojawia się jakaś nowa idea, którą następnie weryfikujesz w odniesieniu do swoich upodobań, temperamentu, kodeksu moralnego i obecnego stanu. Wyobraź sobie teraz, że ta sama nowa idea ponownie wpłynęła ci do głowy. Tym razem, jednak, nie jesteś w stanie wyśledzić jej genezy. Instynktownie zatem przyjmujesz ją za własną. Co jeśli tak nie jest?
- Oczywiście, że mogę nie pamiętać, gdzie coś usłyszałem, czy zobaczyłem nawet do takiego stopnia, że zasłyszany w reklamie slogan uznam za własny pomysł. Tak działa podświadomość, nie ma w tym nic zdumiewającego.
- Nadal nie rozumiesz, chociaż jesteśmy już bliżej. Pozwól, że postaram ci się to w jakiś sposób zobrazować. Wybierz sobie w myślach liczbę od jednego do dziesięciu. Następnie głośno wyartykułuj ją swoim wewnętrznym głosem.
- No, mam.
- Usłyszałeś teraz w głowie brzmienie tej liczby, prawda?
- Oczywiście, tak działają myśli, czyż nie?
- Skupmy się tutaj na słowie: "usłyszałeś", ok? Przysiągłbyś, że usłyszałeś głos wypowiadający to słowo, tak samo jak przez całe swoje życie słyszałeś swoje myśli. Już jako dziecko, jak tylko zacząłeś składać jakieś fakty do kupy przyjąłeś ten głos za własny i była to bezsporna kwestia. Jednak czy jesteś w stanie tak naprawdę określić brzmienie tego głosu? Czy to w ogóle można nazwać dźwiękiem?
- Hmm, teraz jak tak to ująłeś, to nie jestem pewien. Ale, chwila, moment, przecież jestem w stanie przypomnieć sobie wokal z jakiegoś utworu, czy kwestie z filmu. Wtedy wyraźnie słyszę konkretny głos artysty.
- Tak, jednak jest to wyłącznie odtwórcza funkcja twojego umysłu. Kiedy sam starasz się kreować własne myśli, głos nie jest już taki wyraźny, jest jednolity i niezmienny przez lata, zgodzisz się?
- No, tak, to ten sam głos, który słyszę całe życie. Musi być mój.
- Jednak brzmienie twojego głosu zmieniało się na przestrzeni lat, prawda? Idąc tym tropem, twój wewnętrzny głos też powinien.
- Może i faktycznie trochę się zmienia, nie pamiętam dokładnie.
- A może na siłę starasz się mu nadać ten dźwięk, a przecież myśl nie musi być dźwiękiem, to tylko impuls w twoim ciele, nie wiele inny od tego ruszającego twoimi rękoma, czy odpowiedzialnego za oddychanie. Starając się jednak sprowadzić wszystko do rzeczy znanych, sam narzucasz sobie głos, który zdaje się te myśli odczytywać w twojej głowie. Co więcej, mianujesz siebie tym lektorem. Jednak to tylko złudzenie. Myśli nie mają dźwięków.
- Sam już nie wiem, może i masz trochę racji. Ale chyba wszyscy tak robią, prawda? To normalna sprawa. Do czego dążysz?
- Dążę do tego, że wierzysz i ufasz sobie najbardziej ze wszystkich istot na ziemi. Wierzysz we własne słowa, bardziej niż w inne. Tak samo wierzysz w swoje myśli, gdyż słyszysz je w swojej głowie jako jedyny i wiesz, że wypływają od ciebie. Jednak to nie jest twój głos. Skąd zatem pewność, że te myśli są naprawdę twoje?
- Chcesz powiedzieć, że ktoś wsadza mi myśli do głowy? Że każe mi myśleć to, co myślę i robić to, co robię?
- Nie, nie, nic takiego nie powiedziałem. Pytałem tylko, czy możesz mieć pewność, że tak nie jest. Czy teraz, kiedy wiesz, że dźwięk twych myśli jest tylko urojony, byłbyś w stanie odróżnić własną myśl od cudzej?
- Nadal uważam, że tak. Tylko ja myślę w pewien konkretny sposób.
- Ale czy to na pewno jesteś ty?
- Tak, tak! Nie mogę poddać tego w wątpliwość. Kiedy straciłbym pewność własnych myśli, straciłbym siebie. Straciłbym wszystko, łącznie z wolą walki o zmianę. To najgorsze, co mogłoby się stać. Mam pewność kim jestem.
- Za późno. Ta wątpliwość już w tobie narosła. Zaczyna cię powoli zjadać od środka.
- O czym ty mówisz?! Przecież właśnie ci powiedziałem, że tak nie jest!
- Przykro mi, to po prostu właśnie do ciebie dociera.
- Jak to?! Co przez to rozumiesz?!
- Przecież ty z nikim nie rozmawiasz.
środa, 16 października 2013
Kraterowy wilk, brat
- Stary, jestem pewien tego, co widziałem.
- Ja pierdolę, to niemożliwe. Stojący akurat w tym konkretnym miejscu, o tej konkretnej porze, w tak konkretnej pozie? Nawet głupi pies jest już nieprawdopodobny. Najpewniej nic tam nie było, zobaczyłeś kilka suchych liści i paczkę petów, a resztę sobie wysrałeś.
- Nie. To był wilk.
Wyrzucone przez nozdrza powietrze zamarło mu przed pyskiem. Oddech był nierówny, poszarpany wysiłkiem. Niezliczone były bowiem kilometry, jakie przesunęły się pod poduszkami na jego łapach. Drobinki lodu, skrystalizowane na pojedynczych włóknach wąsów, drgały targane pracą płuc. Ciepło wydechu prowadziło zaciętą walkę z nieprzerwanym chłodem nocy. Para wszechwidzących oczu odbijała księżycowe światło, emanując niebieskością. Masyw biało-brunatnej sierści zdawał się nieporuszony, oderwany od doczesności, ze zrozumieniem sięgającym poza nasze sfery poznawania. Nadciągały jednak kroki. Kroki skąpane w piekącym język fetorze strachu.
Odwróć się na pięcie i biegnij, nie masz przecież szans. Bicie twojego przerażonego serca będzie fanfarą wśród świty na cześć jego przybycia. Czujesz jak asfalt ugina się pod twymi stopami? Jak lęk wygina ci kolana w niewłaściwą stronę? Zbaczasz z drogi, która zaszła cieniem paranoi. Nie wiesz już dokąd biec. Żadne schronienie nie wydaje ci się dostatecznie bezpiecznie, a żaden przebyty dystans wystarczająco daleki. Oczy zaszły ci bielmem nowo narodzonego szaleństwa. Nie uciekniesz mu, czas odejść jak mężczyzna. Zatrzymaj się i walcz!
Stał tam. Tak, jak gdyby ucieczka przed nim nigdy nie miała miejsca. Przyglądał się bacznie, z ciekawością dziecka, zastygniętej sylwetce niedoszłego zbiega. Ich spojrzenia zbiegły się na moment, który śmiało mógł być wiecznością. Zdrętwiałe od przerażenia mięśnie człowieczka, z wolna odtajały. Jego umysł zaszedł niepokojącą wręcz klarownością, posmakiem której było uczucie majestatu i zniewalającego respektu. Jakimś paradoksalnie nieswoim sposobem poczuł się lepiej, dojrzalej. Dostrzegł gdzieś na horyzoncie swojej świadomości kształt, który wydawał się ostrzejszy z każdą sekundą, aż nagle stał się oczywisty. A kiedy już go zobaczył, zrozumienie przyszło samo.
Spod fałdu skórnego na pysku błysnęły kły. Gest ten jednak nie niósł ze sobą gniewu. Czy możliwe, że to był uśmiech? Nogi człowieczka drgnęły. Pędzone jakąś niezrozumiałą, niewidzialną siłą, poczęły kroczyć w kierunku podniosłej, futrzanej sylwetki. Podeszwy jego butów stąpały praktycznie bezdźwięcznie, tak, jakby lewitował. Kiedy znalazł się już na tyle blisko, że mógł poczuć ciepło oddechu na swojej twarzy, jego kolana ugięły się, a on uklęknął. Wszystko zdawało się być abstrakcyjnie niedorzeczne, lecz zarazem doskonale jasne. Opuścił głowę pod naporem majestatu, a powieki same opadły, niczym kurtyna kończąca spektakl. Ogarnęło go uczucie spełnienia i natchnienia, skąpane w eterycznej opończy tajemnicy. Podniósł wzrok, lecz zastał jedynie pustkę. Klęczał na środku asfaltowej drogi, sam pośród wszechobecnej nocy. Towarzyszył mu jedynie nieporadny taniec, na przemian gasnących latarni. Zrozumienie jednak już nigdy nie opuściło jego głowy.
To wilk jest naszym królem. Nie wierzysz? Spójrz na jego koronę kłów.
- Ja pierdolę, to niemożliwe. Stojący akurat w tym konkretnym miejscu, o tej konkretnej porze, w tak konkretnej pozie? Nawet głupi pies jest już nieprawdopodobny. Najpewniej nic tam nie było, zobaczyłeś kilka suchych liści i paczkę petów, a resztę sobie wysrałeś.
- Nie. To był wilk.
Wyrzucone przez nozdrza powietrze zamarło mu przed pyskiem. Oddech był nierówny, poszarpany wysiłkiem. Niezliczone były bowiem kilometry, jakie przesunęły się pod poduszkami na jego łapach. Drobinki lodu, skrystalizowane na pojedynczych włóknach wąsów, drgały targane pracą płuc. Ciepło wydechu prowadziło zaciętą walkę z nieprzerwanym chłodem nocy. Para wszechwidzących oczu odbijała księżycowe światło, emanując niebieskością. Masyw biało-brunatnej sierści zdawał się nieporuszony, oderwany od doczesności, ze zrozumieniem sięgającym poza nasze sfery poznawania. Nadciągały jednak kroki. Kroki skąpane w piekącym język fetorze strachu.
Odwróć się na pięcie i biegnij, nie masz przecież szans. Bicie twojego przerażonego serca będzie fanfarą wśród świty na cześć jego przybycia. Czujesz jak asfalt ugina się pod twymi stopami? Jak lęk wygina ci kolana w niewłaściwą stronę? Zbaczasz z drogi, która zaszła cieniem paranoi. Nie wiesz już dokąd biec. Żadne schronienie nie wydaje ci się dostatecznie bezpiecznie, a żaden przebyty dystans wystarczająco daleki. Oczy zaszły ci bielmem nowo narodzonego szaleństwa. Nie uciekniesz mu, czas odejść jak mężczyzna. Zatrzymaj się i walcz!
Stał tam. Tak, jak gdyby ucieczka przed nim nigdy nie miała miejsca. Przyglądał się bacznie, z ciekawością dziecka, zastygniętej sylwetce niedoszłego zbiega. Ich spojrzenia zbiegły się na moment, który śmiało mógł być wiecznością. Zdrętwiałe od przerażenia mięśnie człowieczka, z wolna odtajały. Jego umysł zaszedł niepokojącą wręcz klarownością, posmakiem której było uczucie majestatu i zniewalającego respektu. Jakimś paradoksalnie nieswoim sposobem poczuł się lepiej, dojrzalej. Dostrzegł gdzieś na horyzoncie swojej świadomości kształt, który wydawał się ostrzejszy z każdą sekundą, aż nagle stał się oczywisty. A kiedy już go zobaczył, zrozumienie przyszło samo.
Spod fałdu skórnego na pysku błysnęły kły. Gest ten jednak nie niósł ze sobą gniewu. Czy możliwe, że to był uśmiech? Nogi człowieczka drgnęły. Pędzone jakąś niezrozumiałą, niewidzialną siłą, poczęły kroczyć w kierunku podniosłej, futrzanej sylwetki. Podeszwy jego butów stąpały praktycznie bezdźwięcznie, tak, jakby lewitował. Kiedy znalazł się już na tyle blisko, że mógł poczuć ciepło oddechu na swojej twarzy, jego kolana ugięły się, a on uklęknął. Wszystko zdawało się być abstrakcyjnie niedorzeczne, lecz zarazem doskonale jasne. Opuścił głowę pod naporem majestatu, a powieki same opadły, niczym kurtyna kończąca spektakl. Ogarnęło go uczucie spełnienia i natchnienia, skąpane w eterycznej opończy tajemnicy. Podniósł wzrok, lecz zastał jedynie pustkę. Klęczał na środku asfaltowej drogi, sam pośród wszechobecnej nocy. Towarzyszył mu jedynie nieporadny taniec, na przemian gasnących latarni. Zrozumienie jednak już nigdy nie opuściło jego głowy.
To wilk jest naszym królem. Nie wierzysz? Spójrz na jego koronę kłów.
Subskrybuj:
Posty (Atom)