poniedziałek, 11 lutego 2013

Surowy trans

- To może być początkiem, jak i końcem czy środkiem.
- Jak i niczym. Właśnie nie wiem co o tym myśleć. Pierwszy raz zryłem sam siebie.
- Wyobraźnia - na nią nie ma bata.
- Od bata się właśnie zaczyna.
- Zły dobór słów.
- Podświadomość, typie.





Cały czas słyszę jej kaszel w głowie. Po tych kilku charkliwych dźwiękach, stwierdziłem, że to dziewczynka. Ale czy na pewno? Czy w ogóle słyszałem ten głos? A może to sumienie daje mi do zrozumienia, że powinienem przestać palić? To wydarzyło się przed momentem, a czuję jakby minęły wieki. Chociaż zaraz, kiedy to właściwie było? To wspomnienie czy sen? Czy możliwe, że właśnie to wymyśliłem? Nie, no chwila, to było wczoraj, tak? Ale gdzie ja byłem wczoraj? W co byłem ubrany? Jaka była pogoda? Muszę znaleźć swój telefon. Czemu tu nie ma moich rzeczy?! Ale jakich rzeczy? Moment, gdzie ja w ogóle jestem? Idę ulicą. Czemu się zatrzymałem? Jak długo stałem tutaj? Muszę się ukryć przed deszczem, ale przecież nie pada. Co to jest kurwa za ulica? Uspokój się, przecież ty nigdzie nie idziesz, jesteś w domu. Siedzisz na łóżku, wszystko jest w porządku. Ale, to nie jest mój pokój. Nigdy nie widziałem tego obrazu, a materac wydaje się dziwny w dotyku. Jaki kolor mają ściany? Jest tak ciemno czy ja nie widzę barw? Raz... Dwa... Trzy... Cztery... Pięć... Znów słyszę jej kaszel. Czy od tego to się zaczęło? Mogłem jej pomóc. Spokojnie, zamknij oczy. Ale one są zamknięte. Myślisz, że mogły być zamknięte cały czas? Uciekaj przed deszczem. Nie, chwila, nie wstawaj z tego łózka. Pomyśl, gdzie możesz być? Czy to może być sen? Podnieś książkę ze stolika, sprawdź tytuł. "Obserwowany przez kruki". Nigdy o niej nie słyszałem, czy mój mózg mógłby sam to wymyślić? Przeczytaj kilka pierwszych zdań. Czarne wszechwidzące oko, przepaść bez dna. One cię widzą! Jest już za późno. To niemożliwe, czy ja gdzieś to kiedyś przeczytałem? Przerzuć na jakąkolwiek stronę, szybko byle jaką. Czterysta dwadzieścia. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Co to kurwa jest?! Czyj to jest dom?! Gdzie ja kurwa jestem?! O czym ty mówisz? Uspokój się, przechodzisz przez ulicę. Poszukaj lepiej jakiegoś daszku albo większego drzewa, zaraz cały zmokniesz. W oddali dudni chód zaworów, przenikliwy pisk otwieranej bramy. Czy ktoś kaszle? Książka spadła z hukiem na parkiet. Czy jestem tutaj sam? Zdawało mi się, że słyszę coś na dole. Ale czy tu w ogóle jest jakiś dół? Sufity są ścięte, wygląda jakbym znajdował się na piętrze. To kroki czy tylko sprzężenia drewna? Ale moment, czemu tu nie ma okien? O, nareszcie jakiś daszek! Kurwa, oczywiście musiałem wdepnąć w najgłębszą kałużę. Tutaj przynajmniej na mnie nie pada, ale i tak czuję się jakbym wyszedł w ubraniach z basenu. Brak barw stał się zrozumiały, przecież tu nie ma żadnego światła. Jak, w takim razie. jestem w stanie widzieć tak dobrze? To niemożliwe, żeby mój wzrok penetrował totalną ciemność. Raz... Dwa... Trzy... Cztery... Pięć... Czy ten materac jest mokry? Czy to moje ręce? Jest noc czy dzień? Chwila, ja w ogóle jestem w Polsce? Ej, ej, już bez przesady. Jak miałbyś się znaleźć za granicą? Poza tym czytałeś przed chwilą książkę po polsku, prawda? Ale czy na pewno? Podnieś ją z ziemi. Co to jest kurwa za język?! Grzmot gnał zaraz za błyskawicą, musiało uderzyć gdzieś blisko, ale się rozpadało. Muszę odkaszlnąć. Czy ktoś pukał? Zwariowałeś, nie wychodź stąd! To wszystko zdaje się być niemożliwe, ty nie możesz tutaj być. Nic tutaj nie wydaje się znajome. To z pewnością nie jest mój obraz. Kogo on w ogóle przedstawia? Nie, to nie mogę być ja. Kap, kap, kap. Czy na pewno nic jej się nie stało? Myślisz, że powinienem był zawrócić? Czuje się jakby ona ciągle kaszlała. Dźwięki zaczynają razić mi oczy. Już tylko, kilka kroków, zaraz będziesz w domu. Jak długo szedłem? Ktoś zauważył, że mnie nie ma? Czy jest ktoś, kogo mogłoby to obejść? Czemu jest tak ciemno, czy jest noc? Nie, niebo jest czarne od kruków.

sobota, 9 lutego 2013

Ten kwadrat czasem jest jak sześcian w Cube'ie

- Co tam ogólnie?
- W sumie nic ciekawego. Zabieram się za jakieś pisanie od kilku dni, ale coś nie mogę. Blokada.
- Widocznie musisz się dotlenić.
- No, na to wychodzi.
               [...]
- Dwa czy elkę?
- Wolałbym dwa chyba.
- Dawaj, ogarnę elkę. Będzie git.
- Dobra, niech będzie.




         Poprzedniej nocy miałem przyjemny koszmar. Spływająca po moim policzku krwawa łza oderwała się od skóry i wpadła do purpurowej kałuży. Spojrzałem w kierunku zmąconej tafli, a ta przedstawiła mi moje odbicie. Nie miałem na sobie żadnych włosów, zastąpiły je blizny od cięć brzytwy. Patrzyłem na siebie pustymi oczodołami, jakby moich oczu nigdy tam nie było. Jakbym nigdy prawdziwie nie widział. Uniosłem rękę w kierunku moich popękanych ust, po czym oderwałem swe wargi od twarzy, tak, jakbym zrywał folię z paczki papierosów. Obnażone zęby wykrzywione były w sztucznym, znerwicowanym uśmiechu.
         Zapach palonego mięsa zaatakował moje nozdrza. Płomienie łakomie trawiły powierzchnie mojej skóry, węgląc tkanki i nadgryzając kości. Oglądałem moje obumierające komórki ze stoickim spokojem i ciekawością dziecka. Znudziwszy się jednak obserwacją, wstałem i nadal płonąc, udałem się na spacer.
         Szedłem kwiecistą łąką, wypalając ścieżkę pod stopami. Nagle, na swojej drodze spotkałem potężne, pomarańczowe drzewo. Jego konary zdawały się wić kilometrami ku nieboskłonowi. Wokół pnia chodziła zapracowana dziewczyna, zbierając te z pomarańczy, które martwe spoczywały w trawie. Podniosła głowę i wpatrując w moją pozbawioną oczu twarz, uśmiechnęła się. Był to jeden z tych zwykłych uśmiechów, które serwujemy kelnerowi czy osobie, która przytrzymała dla nas drzwi, jednak coś w nim mnie zaintrygowało. Rozmarzyłem się w nim, słyszałem jak do mnie mówi: "Dotknij mnie. Nie swymi rękoma, jednak tak, abym cię poczuła. Przytul mnie. Nie swymi rękoma, lecz wnętrzem swojej duszy". Dziewczyna przyglądając mi się, przechyliła lekko głowę w lewą stronę niczym ciekawski pies. Sięgnęła do swego fartuszka dobywając dorodną pomarańczę i rzuciła mi owoc do rąk. Zapominając o trawiących mnie płomieniach, odruchowo ją złapałem, ta jednak pozostała nienaruszona. Zacisnąłem palce z niedowierzaniem na chropowatej skórce i mógłbym przysiąc, że czułem bijące w środku serce.
         Po horyzoncie przetoczył się pokryty mchem kamień. Dziewczyna nie stała już przede mną ubrana w ubłocony fartuszek. Z jej ramion zwisała przewiewna sukienka. Biel była zdecydowanie jej kolorem, wyglądała w niej zjawiskowo. Patrząc na jej anielskie piękno i nieskazitelność, cieszyłem się z braku oczu oraz tego, że oczyszczający ogień wypalił już większość mojego grzechu. Nie zdzierżyłbym bowiem myśli, iż kalam ją swym nieczystym spojrzeniem. Na jej gładkiej twarzy znów zagościł uśmiech, tym razem jeszcze szerszy i prawdziwszy. Anielica odchyliła głowę do tyłu i rozłożyła swe ręce na boki. Skryte, pomiędzy liśćmi pomarańczowego drzewa, nuty rozbiegły się po niebie. Uderzały o siebie w podniebnym tańcu, wydając niewyobrażalne dźwięki. Nóż bowiem zaczyna śpiewać dopiero, gdy spotka się w ciosie z drugim. Powietrze wypełniło brzmienie skrzypiec. Piękna istota w białej sukni zaczęła obracać się i tańczyć z wyrazem błogości na twarzy. Tracąc z oczu jej uśmiech, traciłem zmysły. Szybko jednak odnajdowałem je ponownie. Ruszała się jak mała dziewczynka, bawiąca się przed domem, a przy niej sam czułem się jak dziecko. Poruszone jej bosymi stopami kwiaty zaczęły pylić, walcząc z odorem spalenizny. Mój świat poruszał się w rytm jej tańca.
         Nagle, niebo rozdarło się na pół niczym przecięte nożem, a spomiędzy rozdarcia spłynął rzęsisty deszcz. Spoglądając na swe dłonie, z radością stwierdziłem, że zbawienne krople ugasiły otaczające mnie płomienie. Podniosłem szybko głowę w kierunku pięknego anioła, ledwo tłumiąc krzyk radości, szczęśliwy, że nareszcie mogę ją dotknąć. Przede mną stało jednak jedynie pomarańczowe drzewo, a ja nawet nie mogłem przypomnieć sobie jej twarzy. Tęsknota i poczucie utraty czegoś, czego nigdy nie miałem, raniło dotkliwiej od ognia. Coś, co umarło zanim się jeszcze urodziło, budziło smutek niczym dziecko poległe w łonie matki. To, co pozostało z mojej cielesnej powłoki wyło, a blizny zdawały się rozdzierać na nowo. Mój umysł zepchnął mnie do strasznej, ciemnej piwnicy, a ja byłem zbyt przerażony schodami żeby wyjść. Poczułem zimno i smak krwi na języku. Każdy mój oddech coraz bardziej zalewał płuca smołą, aż czerń pochłonęła mnie doszczętnie.
         Obudziłem się z mojego przyjemnego koszmaru zlany potem. Serce galopowało mi w piersi jak oszalałe, chcąc wyrwać się z pomiędzy żeber. Usiadłem na skraju łóżka i starałem się ochłonąć, pomagając sobie sporym łykiem wody. Spokojnie, już jesteś bezpieczny. To był tylko sen, nic się nie stało. Nie staraj się z nim walczyć, lepiej wyciągnij z niego jakąś naukę. Przyjmij wszystko, co życie ma do zaoferowania, tak, jakbyś unosił kielich ku górze, gdy ktoś rozlewa wino. A co z bólem? Ból to tylko przypomnienie, że wciąż żyjemy.

niedziela, 3 lutego 2013

Jedni rzucają kości, inni je kruszą

- Zawiodłaś mnie.
- Czemu?
- Jakoś tak anemicznie dzisiaj. Nie mam żadnej satysfakcji z tej słownej przepychanki.
- Zbieram siły na ostateczne starcie.
- Za wysoko lecisz - zmysły tracisz.
- I o to chodzi, stary. Cztery wymiary.
- Ha ha, szacun.


         Zgrzyt siarczanej głowy na drasce. Iskry, pędzone pierwotnym instynktem, rozbiegły się w popłochu. W panice, prowadzącej do bratobójczej walki o przetrwanie. Syk rozrywający serce ciszy. Woń spalenizny uniosła się w powietrzu, wraz z malutkimi wstążkami dymu, które zaplotły się w zanikający powoli warkocz. Taniec błędnego ognika na drewnianym torsie. W podrygującym monolicie płomienia można było dostrzec łypiące ślepia. A w nich obłęd. Obłęd... i obietnicę pożogi.
         Wpatrując się dłużej w płową czuprynę na jego głowie, można by przysiąc, że ta jaśnieje z każdą sekundą. Nie łatwiej było określić kolor jego oczu. Barwa tęczówek oscylowała gdzieś pomiędzy błękitem a zimną szarością, niekiedy jednak, przez obraz przemykał zdradliwy odcień malachitu. Chłopiec miał jedno z tych spojrzeń, które czuć było pod skórą. Dawało ono wrażenie niemalże całkowitego obnażenia, z jedyną częścią garderoby utkaną z najskrytszych tajemnic. Ubrany był w jasnokremową piżamę, nakropioną czerwonymi i niebieskimi dinozaurami. Rękawy z pojedynczymi rozdarciami opadały na dziecięce dłonie pokryte szramami i ropiejącymi skaleczeniami. Kurz i sadza zasłaniały piegi na jego policzkach i nasadzie nosa.
         Chłopczyk uśmiechnął się lekko, ukazując kilka brakujących zębów, po czym wdrapał się po prowizorycznie wykonanej drabince, do domku na drzewie. Bujna korona majestatycznego klonu z dumą i poświęceniem dawała oparcie pospiesznie skleconej konstrukcji. Było to jedyne miejsce, w którym choć był sam, nigdy nie czuł się samotny. Butny malec zbliżył się do masywnej, żeliwnej armaty stojącej na środku. Swą małą rączką delikatnie pogłaskał jej zgrabny korpus, od grona aż po wylot. Lufa wystawała przez specjalnie przygotowany otwór w jednej ze ścian. Chłopiec przecisnął głowę między zimnym metalem i nadłamaną deską. Wpatrywał się w gęstwinę drzew, wytężając bacznie wzrok. Potężne pnie rozsunęły się na boki, tak, jakby ich korzenie płynęły w glebie niczym w basenie. Rozstępujące się, pełne zielonych liści konary objawiły ceglany mur. Uśmiech znów przebiegł przez umorusaną buzię. Chłopiec cofnął głowę, ponownie chowając się do swojego drzewnego domu. Schyliwszy się, podniósł z ziemi okutą skrzynię. Po kolei wyjmował z niej brązowe kule, które następnie starannie wypełniał atramentem. Nie znał i nigdy nie używał żadnej, innej amunicji.
         Owinięta w tłustą szmatę kula leżała wygodnie na poduszce z prochu. Jedna rączka malca powędrowała na panewkę, druga zaś, starała się wymacać w kieszeni piżamy paczkę zapałek. Kiedy w końcu ją znalazł, chłopczyk rozsunął opakowanie i ponownie spojrzał w kierunku ceglanej ściany. Wtedy jego oczy zaszły sztormem. Wzburzone morze szalało po tęczówkach, objawiając skrywaną za nimi historię. Stał w bezruchu, obecny jakby tylko ciałem. Gotów za wszelką cenę zrównać mur z ziemią. Mur, którego istnienia nie był do końca pewien. Kierowany zaciekłym buntem, którego powód był dla niego niejasny. Przygotowany, aby stoczyć wojnę dla możliwości spaceru po desce w świat, którego nie znał. Świat, na który nie był przygotowany. Burza w jego oczach rozpętała się na dobre. Wiedział, co musi zrobić, tak, jak gdyby to już się kiedyś wydarzyło. Przeciągnął ze zgrzytem siarczaną głowę po drasce. I ujrzał swe odbicie w płomieniu.

wtorek, 29 stycznia 2013

Ty na prostej, a ja na skręcie

- A co? Znowu oglądasz filmy z tamtej strony?
- Ta, w tym momencie jakiś dziadek wchodzi po schodach. Nagi. I nie ma nogi.
- Klasyk. Jak jest na golasa, to znaczy, że jest sztuka.
- No, raczej. To już jest standard, stałym elementem tych kretyństw jest nagość.
- Bo jakby nie był goły, to byłby to po prostu film o typie na schodach, a tak to jest głębokie.
- O, nie! Teraz się kładzie obok jakiegoś drugiego zioma. Kurwa, co on mu robi?!
- Nie! Nie mów mi! Ja pierdolę, to są jakieś gołe dziady bez kończyn. Nie chcę wiedzieć co oni robią.



         Drżącymi rękoma poprawiał kamerę. Kadr, który tak sumiennie ustawiał godzinami, nareszcie był perfekcyjny. Światło doskonale nierówne. Dźwięk idealnie zniekształcony przez wiatr. Jakość nagrywania zmieniona na niską. Mrugające, czerwone świecidełko świeci i mruga. Wszystko gotowe. Teraz wystarczyło tylko czekać, aż jego młodszy brat-asystent przyprowadzi ze studia, omijając kosiarkę i grabie, aktora na plan. Przestrzeń studyjna wydzielona w garażu dumnie spełniała wszystkie swoje role, zarówno podczas charakteryzacji jak i kompozycji ścieżki dźwiękowej. Reżyser-scenarzysta-dźwiękowiec-oświetleniowiec-operator-ochroniarz-parkingowy-fluffer z rozmarzeniem wspominał dni spędzone tam, na pieczołowitym łączeniu brzmień dwóch klawiszów swojego keyboardu z dźwiękiem gniecionych, kreszowych spodni.
        Główna gwiazda produkcji dziarskim krokiem wkroczyła na plan. Jego hebanowe owłosienie i mądre oczy wskazywały, że nie ma się do czynienia z byle kim. Był to naprawdę wspaniały okaz labradora. Zająwszy miejsce, psychiczne przygotowywał się do sceny. Wymienił porozumiewawcze spojrzenie z reżyserem-producentem-tokarzem, którego uważał nie tylko za mentora i twórczą inspirację, jak również za worek mięsa, który wsypuje mu chrupki do miski. Kiedy uporał się już z wygnaniem myśli o chrupkach ze swojego umęczonego umysłu artysty, spojrzał w kierunku ogródka. Nie wiedział czemu, ale widok tej cudownie szarej trawy, w akompaniamencie prześlicznie szarych tulipanów, na tle przejrzystego, szarego nieba z połyskującym, szarym słońcem, zawsze działał na niego kojąco. Był już gotowy. Czas rozpocząć magię. Akcja!
         Kiedy ostatni człowiek na ziemi, na sekundy przed swoją bolesną śmiercią, odkrył w końcu, co doprowadziło do zagłady świata jaki znał, wskazał właśnie ten moment. Na dźwięk klapsa, któremu towarzyszył donośny gwizd, razem ze zgrabnie wirującym w ręku asystenta chrupkiem, aktor rozpoczął swój pokaz. Wszystkie cztery łapy, z gracją równą balerinie, wkroczyły wprost w środek kadru. Cała, dwuosobowa, ekipa zamilkła. Utalentowany labrador naprężył wszystkie swoje mięśnie. Pozwolił, aby przygotowany reflektor, niedokładnie oświetlił każde jego ścięgno, a powstały cień umiejscowił się w najbardziej krytycznym punkcie. Wschodząca gwiazda kina, z niebywałym kunsztem, poczęła lekko warczeć, tak aby dźwięk ten, wraz ze wszelkimi zakłóceniami z okolicy, dotarł do membrany. Maszyna ruszyła, a czas jakby zastygł. Sekundy zdawały się godzinami, kiedy wszyscy na planie wpatrywali się w ten cudowny akt twórczości. Magia, piękno i głębia biły od natchnionego aktora. Scena, która miała zmienić świat. Scena, która otwierała umysły i zakrzywiała światopoglądy. To wszystko działo się na ich oczach. Napięcie narosło już do niebotycznych wartości, czas nie był w stanie już dłużej ustać w miejscu. Ostatni skurcz mięśni i... Czworonóg, wręcz fenomenalnie i nawet wzruszająco, zesrał się na chodnik.
         Błysk w oku reżysera-lektora-baristy-krematora mówił wszystko. Jego perełka nareszcie była gotowa. Już dosłownie minuty, potrzebne na skomplikowany proces montażu, dzieliły go od wydania swojego dziecięcia na świat. Jeszcze kilka lat temu nikt, łącznie z nim samym, nie podejrzewał, że wywróci świat do góry nogami. Przez głowę przewinęły mu się obrazy wszystkich, którzy w niego wątpili. Trudno w to uwierzyć, ale niektórzy nawet nazywali go szalonym, inni po prostu nieudacznikiem i prawiczkiem. Ha! I kto teraz jest nieudacznikiem? Uśmiechnął się do siebie w duszy i chwytając za kamerę pognał między półki z kluczami nasadowymi i wiertłami. W głowie wciąż bębniła mu tryumfalna myśl: "Sztuka, dziwki!".

Są też kwiaty, tam gdzie rosną korzenie

- Co tam, stary?
- Nic. Idę kupić szlugi za szmal, którego nie mam, bo jestem tak wkurwiony, że zaraz wybuchnę. I nawet nie próbuj mnie, chuju, prosić o fajkę!
- Kupiłeś?
- Ta.
- Daj fajkę.
- Trzymaj.



          Co czyni mnie człowiekiem? Wiele razy się nad tym zastanawiałem. Upłynęły setki godzin i kolejek, zanim zrozumiałem, że między innymi, właśnie ta dywagacja. Miliony rzeczy, które mają miejsce każdego dnia, a których nawet nie zauważamy. Rozumienie potrzeb, swoich, oraz innych ludzi. Jedna z moich gorzej skrywanych tajemnic - płakanie na filmach, też się na to składa. Tak, jak to, że czasem słuchając muzyki, po prostu nie mogę powstrzymać warg od układania się w tekst utworu.  Momenty, w których skaczę z radości oraz te, w których ciskam telefonem w gniewie. To, że raz na jakiś czas, myślę o jej uśmiechu. Mój irracjonalny strach przed jakimś zapalonym naukowcem z drugiego końca świata, który rozszczepi jakieś tycie chujstwo na kilka tyćszych chujstw, w efekcie dezintegrując cały glob. To, że kiedy jestem zły, kupuję czerwoną paczkę papierosów. Potępienie dla samego siebie, kiedy przyłapuję się na złamanym słowie. Strach przed byciem złym ojcem, czasem tak wielki, że nie zauważam, że jestem złym synem. Marzenia o lepszym jutrze, o czymś istotnym, prawdziwym. O pozostawieniu czegoś po sobie. A potem zruganie się w myślach za wiarę w ich spełnienie. Czy nie czyni mnie człowiekiem podziwianie piękna słońca, pomimo, że stało się to już bolesne? To, że najbardziej chce mi się śmiać w najmniej odpowiednim momencie?
          Zbiór tych właśnie, małych pierdółek, tak naprawdę, definiuje kim jestem. Nie to skąd pochodzę, kim jestem z zawodu, czy to, co robię w wolnych chwilach. Bo właśnie pytanie: "Kim jesteś?" jest najtrudniejszym do odpowiedzenia. Lekarzem, tynkarzem, piekarzem? Srarzem. Kim jesteś?! Co składa się na to, że jesteś wyjątkowym człowiekiem na skalę sześciu, czy tam siedmiu, miliardów? Ile w ogóle musi być takich czynników? Oblizujesz wieczka od jogurtów czy po prostu je wyrzucasz? Podcierasz dupsko na siedząco czy stojąco? Złapałeś się kiedyś na próbie przyspieszenia czasu, poprzez wpatrywanie się w licznik mikrofalówki? Czy nadal spędzisz pół godziny na przygotowaniu fryzury, kiedy wiesz, że nikt cię dzisiaj nie zobaczy? Cola czy Pepsi? Czekolada czy wanilia? Film czy książka? Przyjaciele czy rodzina? Wszystko ma znaczenie. Sposób w jaki traktujesz znajomych, obcych, zwierzęta. Rodzaj muzyki, którą słuchasz. Kawa, jaką pijesz. To, co robisz teraz. To, czy masz coś do zrobienia jutro. Czy chcesz to robić. Ludzie spędzają lata, albo nawet całe życia, starając się poznać drugą osobę, często nie znając tak naprawdę samego siebie. I to też jest ludzkie. Niedoskonałości bowiem tworzą prawdziwe piękno. A cóż jest bardziej niedoskonałe od człowieka? Dlatego wszelkie utopie i ideały są niemożliwe. Jednak usilne ich poszukiwanie też jest tym, co nas tworzy, co nas definiuje. Czy włączam muzykę, kiedy piszę? Tak, zawsze. Czy tak naprawdę jej słucham? W sumie, to chyba nie. Czy byłbym w stanie pisać bez niej? Za cholerę. Idiotyzm i bezsens, ale cóż na to poradzę. Czy jestem więźniem uzależnienia? Pewnie, od mnóstwa rzeczy, ale mam to gdzieś. Czemu uważam obelgę za najlepszy test charakteru? Nie mam pojęcia, chuj w to, bo właśnie te rzeczy czynią mnie tym, kim jestem. I czynią mnie człowiekiem.
          Poznaj osobę, której oczami widzisz świat. Możesz jej nie polubić, znienawidzić nawet. Nie to jednak jest twoim zadaniem, staraj się dowiedzieć o niej jak najwięcej, studiować ją. To właśnie z poznaniem, prawdziwym i dogłębnym, przychodzi akceptacja, a ona jest kluczem do szczęścia. Pewnie, możesz się zmienić, nic nie stoi temu na przeszkodzie. Możesz pracować nad sobą i przekuć formę, z której powstałeś. Nad niektórymi rzeczami będziemy pracować do śmierci, bo proces samodoskonalenia jest nie do zaprzeczenia i nie do zatrzymania. Jednak, czasem, tą dobrą odpowiedzią jest: "Mam wyjebane". Oczywiście odmian tego stwierdzenia są setki, chociażby epikurejskie - Carpe diem. W "Ryzykownym interesie" było to: "What the fuck!", w Skinsach: "Fuck it!", już nawet w dzieciństwie spotkaliśmy się z tym przesłaniem jako legendarne: "Hakuna Matata".  Bo, cóż z tego, że jesteś inny? Nawet jeśli jesteś szaleńcem, który uważa, że cylinder i ortalion to dobre połączenie, boks byłby ciekawszy dzięki szczudłom, a ostatnia część Batmana była najlepsza, to trudno, dzięki temu jesteś sobą. Dobra, cofam, boks na szczudłach faktycznie mógłby być ciekawszy.
         Nie zapominaj zatem nigdy kim jesteś i co tak naprawdę się na to składa. Nie zapominaj także, co czyni ludzi ludźmi. I szukaj. Szukaj odpowiedzi na pytania, które sobie zadałeś, z nimi mądrość przyjdzie sama. Możesz też machnąć ręką na cały ten wywód i najzwyczajniej w świecie mieć wyjebane. W życiu bowiem nie ma złych odpowiedzi.

środa, 23 stycznia 2013

Czerwony punkt prowadzi tego, kto dymem oddycha

- Co to jest za misja? Nie mogę się napić tej wody, bo jest kurwa lodem!
- No, nasza też.
- Dzięki pogodo.
- W końcu jest styczeń.
- Jebie mnie, że jest styczeń.




        Nigdy jej nie lubił. Możliwe, że to tylko dlatego, że zawsze się mijali. Tak naprawdę nie mieli okazji, żeby się poznać. Jednak zawsze podejrzewał, że kryje się za tym coś więcej. Zawsze uważał, że, co jak co, ale niechęć i nienawiść są na tyle pierwotnymi emocjami, że trudno je sobie wyimaginować. Można je wyolbrzymić, racja, aczkolwiek u podnóży każdej z nich, znajduje się szczere, nieprzefiltrowane przez żadne z narzędzi cywilizacyjnych, uczucie. Patrząc na podszycie jej osobowości, wiedział, że nigdy nie będzie im dane stworzyć jakiejkolwiek więzi. Nie ma mowy oczywiście o przyjaźni, ale nawet tymczasowy sojusz wydawał się odległy i nieosiągalny. Wszystko to mogło, magicznie jak za dotknięciem zaklętej różdżk,i odmienić się w pewien mroźny, brrrr, naprawdę mroźny wieczór.
        Nawet klosze latarni były całe skute w lodowej okowie. Leniwe płatki śniegu nieśmiało meandrowały w powietrzu. Łącząc się w pary lub większe grupki, przywodziły na myśl piękną, nieograniczoną i niebędącą w stanie przetrwać starcia z rzeczywistością, szczenięcą miłość. Zakłopotanie i niefrasobliwość ich podniebnych akrobacji powodowało chęć pokręcenia głową z politowaniem, jednak nie można było też nie odczuć pewnej tęsknoty i mimowolnych reminiscencji młodzieńczych, prostszych czasów. W kontraście dla romantycznych śniegowych płatków, zaczepiał nieznośny mróz. Zachowywał się jak nachalny, gruby dzieciak z podwórka, z którym nikt nie chciał się bawić, ale on i tak napierał na ciebie nieugięty ze swoimi chujowymi zabawkami w rękach i roztopionym batonikiem w kieszeni. Tym razem jednak zabawa odbywała się na jego warunkach. Nie mogłeś go zwyczajnie wypędzić z piaskownicy, w procesie niszcząc nieodwracalnie jego pewność siebie, porównując jego gabaryty do średniej wielkości planety. Nic specjalnie ogromnego, po prostu na tyle duża, żeby była w stanie wytworzyć własną atmosferę. No i tak, dwa, trzy księżyce. Góra cztery. Nie, tym razem to niezręczny grubasek był w swoim żywiole. Był panem, na swoim zamku, a przypadkowi przechodnie, jego świtą. Każdy wpadał w jego sidła.
       Pośród zdradliwego zimna pojawiła się jednak okazja na połączenie od dawien zwaśnionych dusz. Narodziło się coś nieoczekiwanego, zakrawającego nawet o romans. Ich ciała bowiem, splotły się w uścisku. Chęć utrzymania ciepła w tej, barbarzyńsko ujemnej, temperaturze pozwoliła odrzucić na bok wrogość i uprzedzenie. Połączeni tańczyli, ocierali o siebie, chcąc się ogrzać i odnaleźć rzeczywistość, w której ich miłość jest możliwa. Przez ich, zafascynowane nowymi doznaniami, świadomości przewijały się obrazy wspólnego życia. Kadry z ich pierwszego pocałunku, pierwszej nocy spędzonej razem, pierwszej kłótni. Ich piękny ślub, zawstydzający toast drużbów, ich wspólny dom, narodziny dziecka. Sztuczne wspomnienia zaczęły walczyć z prawdziwymi. Czy to naprawdę jest możliwe? Czy ścieżki naszego przeznaczenia mogą zejść się w jedną? Nie. Papieros i rękawiczka po prostu nie idą razem w parze.

sobota, 19 stycznia 2013

Po prostu na ciebie czekam

- Obiecaj mi tylko jedną rzecz.
- Jaką?
- Że za te pół roku będziesz dokładnie taką osobą, jak jesteś teraz.
- Masz to jak w banku.





            Cały dom wypełniały dźwięki muzyki. Nuty, niczym w kreskówce, unosiły się w powietrzu jakby były wycięte z papieru. Ósemki i szesnastki kotłowały się, wirując nad moją głową. Pozwalałem prowadzić się figlarnym trąbkom i perkusji, nieudolnie kopiując ruchy muzyków przed swoimi zamkniętymi oczami. Wszystkie części mojego ciała poruszały się, dyrygowane taktami, a serce biło w rytm muzyki. Był to tak cudowny poranek.
            Moja, nieumyta jeszcze, skóra przypominała o lekkim chłodzie, formując się miejscami w gęsią skórkę, a żołądek szeptał głodem. Założył zatem szlafrok i zmierzyłem do kuchni. Śniadanie, szybki prysznic i przeradzam ten cudowny poranek w cudowny dzień. Przekroiłem bułkę na pół, starannie rozsmarowałem masło. Na przygotowanej połówce ułożyłem plasterek sera.
            Gdy później starałem sobie przypomnieć od czego to wszystko się zaczęło, doszedłem do wniosku, że najpierw usłyszałem wyważane drzwi. To po nich do pokoju wpadł granat dymny, a następnie rozległ się huk wystrzału. Chyba, że to strzał był pierwszy? Nie pamiętałem. Pamiętałem natomiast dokładnie, jak zostałem obezwładniony na ziemię, dotyk kolana na swojej potylicy i zimno stali na nadgarstkach. Pamiętałem także, jak przyciśnięty do podłogi łypałem jednym okiem na to bezkarne zajście. Tłum czarnych postaci zalał mój dom niczym złowroga fala. W tle mogłem dostrzec zaledwie kontury dwóch osób, kobiety i mężczyzny, którzy najwyraźniej dowodzili resztą. Cienie nieprzyjaciół oblazły mnie oraz blat kuchenny niczym szarańcza. Widziałem, jak jeden z nich razi jaśniejszą od słońca wiązką paralizatora mój ukochany plasterek sera. Widziałem, jak zaraz po tym spływa na niego grad pięści i podeszw. Brak jakiegokolwiek miłosierdzia. Mój nieusłyszany krzyk. Potok łez na policzku. Czerwień powiek i ból duszy.
            Kiedy zostałem wypuszczony, jakiś elegancko ubrany facecik, z zakolami po kark i absurdalnym krawatem, powiedział mi, że to dla jego dobra. Powiedział, że ser był już troszeczkę zeschnięty i ta sześciomiesięczna kuracja mu pomoże. Przez cały ten czas nie nazywał go jednak serem, plasterkiem czy też moim przyjacielem. Mówił o nim: podopieczny. Chociaż przez wzgardliwy wyraz jego twarzy, słowo brzmiało jak śmieć. Nazwałem go złodziejem i idiotą, po czym zarządałem wizytacji. Elegancik poradził mi jednak, żebym lepiej poszedł już do domu, bo mogę tylko sobie zaszkodzić.
            Po powrocie dowiedziałem się, że mój plasterek został zamkniętym w jakimś zakładzie na drugim końcu kraju. Mogli to nazywać jak chcieli, dla mnie to wyglądało jak piekło, na które nie zasługiwał. Zakuli go w dyby razem z granatem, nożem i garotą. Razem z muchomorem i wilczą jagodą. Mój ukochany ser, zamknięty jak degenerat. Niesłusznie oskarżony za nieistniejące, rozdmuchane zbrodnie. Bez możliwości obrony czy jakiejkolwiek argumentacji. Kto teraz przyjdzie mu z pomocą? Kto tak naprawdę może? Kto spróbuje? Kogo to obejdzie?
            Świat dawno przestał mieć sens. Wartości zostały wywrócone niczym ziarna piasku w klepsydrze. Człowiek stracił kontrolę nad swoim bestialstwem, rozsądek gubiąc po drodze. Bóg stał się nieznajomym w autobusie, starającym się po prostu trafić do domu. Życie nigdy jednak nie było proste, a dzieci nigdy nie rodziły się przygotowane. Trzeba się uczyć i adaptować, brać lekcję z błędów. Spoglądać na blizny jak na pamiątki z przygód, na całe życie. I mimo, że z mojego gardła jeszcze nie raz wyrwie się krzyk. Moje oczy nie raz zajmą się łzami i purpurą. A dusza nie raz zapiecze przypalana rozgrzanym węglem. Będę trwał. Liczył dni i trwał. Nie powiem ci tego w twarz, bo nasz uścisk powiedział wszystko. Po prostu na ciebie czekam, przyjacielu.