- Stary, jestem pewien tego, co widziałem.
- Ja pierdolę, to niemożliwe. Stojący akurat w tym konkretnym miejscu, o tej konkretnej porze, w tak konkretnej pozie? Nawet głupi pies jest już nieprawdopodobny. Najpewniej nic tam nie było, zobaczyłeś kilka suchych liści i paczkę petów, a resztę sobie wysrałeś.
- Nie. To był wilk.
Wyrzucone przez nozdrza powietrze zamarło mu przed pyskiem. Oddech był nierówny, poszarpany wysiłkiem. Niezliczone były bowiem kilometry, jakie przesunęły się pod poduszkami na jego łapach. Drobinki lodu, skrystalizowane na pojedynczych włóknach wąsów, drgały targane pracą płuc. Ciepło wydechu prowadziło zaciętą walkę z nieprzerwanym chłodem nocy. Para wszechwidzących oczu odbijała księżycowe światło, emanując niebieskością. Masyw biało-brunatnej sierści zdawał się nieporuszony, oderwany od doczesności, ze zrozumieniem sięgającym poza nasze sfery poznawania. Nadciągały jednak kroki. Kroki skąpane w piekącym język fetorze strachu.
Odwróć się na pięcie i biegnij, nie masz przecież szans. Bicie twojego przerażonego serca będzie fanfarą wśród świty na cześć jego przybycia. Czujesz jak asfalt ugina się pod twymi stopami? Jak lęk wygina ci kolana w niewłaściwą stronę? Zbaczasz z drogi, która zaszła cieniem paranoi. Nie wiesz już dokąd biec. Żadne schronienie nie wydaje ci się dostatecznie bezpiecznie, a żaden przebyty dystans wystarczająco daleki. Oczy zaszły ci bielmem nowo narodzonego szaleństwa. Nie uciekniesz mu, czas odejść jak mężczyzna. Zatrzymaj się i walcz!
Stał tam. Tak, jak gdyby ucieczka przed nim nigdy nie miała miejsca. Przyglądał się bacznie, z ciekawością dziecka, zastygniętej sylwetce niedoszłego zbiega. Ich spojrzenia zbiegły się na moment, który śmiało mógł być wiecznością. Zdrętwiałe od przerażenia mięśnie człowieczka, z wolna odtajały. Jego umysł zaszedł niepokojącą wręcz klarownością, posmakiem której było uczucie majestatu i zniewalającego respektu. Jakimś paradoksalnie nieswoim sposobem poczuł się lepiej, dojrzalej. Dostrzegł gdzieś na horyzoncie swojej świadomości kształt, który wydawał się ostrzejszy z każdą sekundą, aż nagle stał się oczywisty. A kiedy już go zobaczył, zrozumienie przyszło samo.
Spod fałdu skórnego na pysku błysnęły kły. Gest ten jednak nie niósł ze sobą gniewu. Czy możliwe, że to był uśmiech? Nogi człowieczka drgnęły. Pędzone jakąś niezrozumiałą, niewidzialną siłą, poczęły kroczyć w kierunku podniosłej, futrzanej sylwetki. Podeszwy jego butów stąpały praktycznie bezdźwięcznie, tak, jakby lewitował. Kiedy znalazł się już na tyle blisko, że mógł poczuć ciepło oddechu na swojej twarzy, jego kolana ugięły się, a on uklęknął. Wszystko zdawało się być abstrakcyjnie niedorzeczne, lecz zarazem doskonale jasne. Opuścił głowę pod naporem majestatu, a powieki same opadły, niczym kurtyna kończąca spektakl. Ogarnęło go uczucie spełnienia i natchnienia, skąpane w eterycznej opończy tajemnicy. Podniósł wzrok, lecz zastał jedynie pustkę. Klęczał na środku asfaltowej drogi, sam pośród wszechobecnej nocy. Towarzyszył mu jedynie nieporadny taniec, na przemian gasnących latarni. Zrozumienie jednak już nigdy nie opuściło jego głowy.
To wilk jest naszym królem. Nie wierzysz? Spójrz na jego koronę kłów.
We wszystkim tkwi jakaś historia. Postaram się dotrzeć do niektórych z nich, czasem bardziej sukcesywnie, czasem mniej. Mam natomiast nadzieję, że konsekwentnie. Czego możecie się tutaj spodziewać? Powiem wam szczerze, że sam jeszcze nie wiem.
środa, 16 października 2013
środa, 8 maja 2013
42
- A jak tam, stary, z twoją teczką?
- Nie dzisiaj, ziom. Nie dzisiaj.
- Ale powiedz mi, że jeszcze tego nie zjebałeś.
- No, jeszcze nie.
- Jeszcze? Czyli ile masz czasu?
- Stary, mówiłem - nie dzisiaj.
- Ok. Ale jutro, dobra?
- Spoko, spoko. Tylko, że jutro znów będzie dzisiaj.
Nie mogę się odezwać. Moje usta są pełne krwi. Funkcjonuję na granicy niebytu, idąc wzdłuż cienkiej linii, granicy między jawą a snem, która zdaje się zanikać. Czy jest coś poza mną i moimi myślami? Osoby, które spotykam każdego dnia zdają się być przerysowane. Czy możliwe, że je wymyśliłem? Boję się podnieść oczy i spojrzeć na swoje słowa. Zgubiłem się gdzieś pomiędzy fantazją a zimną niczym stal rzeczywistością. No, dalej, spójrz na to, co napisałeś. Serio? Dalej będziesz zachowywał się jak dziecko? Dobrze wiesz, że strach dyktował ci warunki całe życie. Ale przecież strach jest dobry, prawda? Sam już nie wiem. Kiedy raz zwątpisz we własne myśli, nie ma już odwrotu. Czy naprawę tak uważam czy już pogubiłem się w swoich kłamstwach? Tak długo przekonywałem się do danego poglądu, że nie wiem już czy szczerze w niego wierzę. Czuję dreszcze i dziwne uczucie ciężkości. Chorobę bez przyczyny, z objawami, które sam stworzyłem. Czy mój organizm może dawać mi jakieś znaki? Podświadomość wykręca mi flaki bym przyznał jak źle ze mną jest. Tej kurwie pewnie wszystko się układa. Pięty nie mogą znieść już ciężaru mojej głowy. Zabawne wydaje się lepienie słów nie mając wglądu w duży obrazek. Nie wiem nawet jaki mam kolor włosów czy oczu, skąd mam wiedzieć co robić? Dziecko tkwiące we mnie, na które wielokrotnie starałem się przerzucić piętno winy, już odeszło. Czy naprawdę wbrew wszystkiemu co chciałem i myślałem w końcu dorosłem? Brakuje mi drugiej osoby, a jednocześnie pławię się w swojej samotności. Nic nigdy nie było dla mnie tak ważne jak niezależność. Zbyt wiele razy widziałem, co jest w stanie osiągnąć mój mózg, bym nagle przestał w niego wierzyć. Jednak gdzie jest ta pierdolona ambicja? Poszła z dymem, stary. Z dymem.
Trzask. Uciekaj mały szczurku, biegnij w swoim kółeczku. Szybciej, szybciej! Podążaj za swym zdradliwym węchem, goń zapachy niczym dziecko bańki mydlane. Czujesz tę krew, szczurku? Spójrz na swoje łapy. Tak, to wszystko twoj dzieło. Biegnij i szukaj, łap i zabijaj. Jak to jest, że każda istota na ziemi dokładnie wie co ma robić poza tobą? Ptaki wiedzą kiedy odlecieć na południe. Mały, najmniejszy z owadów wie, gdzie się udać po pożywienie, jak przetrwać. Pozostawiony na pustyni skorpion znajduje wszystko, co mu potrzebne. Noworodek obejmuje ustami matczyną pierś i pędzony instynktem ssie życiodajne mleko. Jakim cudem ty gubisz się we własnej głowie? Nawet pierdolony plankton wie co ma robić, a ty nie. Biegasz na oślep, mały szczurku. Ciągnie cię do krwi, żywisz się cudzymi porażkami, chłoniesz niepowodzenia. Lewa przed prawą, po kościach, po czaszkach i już jesteś na szczycie. To tylko miraże. Ziemia zaczyna trząść się pod twoimi łapkami. Zapadasz się. I już jest zimniej i już jest ciemniej. I znów pachnie krwią. Czujesz? To musi być gdzieś w tamtym kierunku. Biegnij. Biegnij, szczurku! Cały czas przed siebie, cały czas do końca. Walcz i atakuj, rozrywaj i pożeraj. Twoja droga nigdy się nie skończy. W kole bowiem nie ma ślepych uliczek. Dopóki biegniesz - przegrasz, szczurku. Ale skąd miałbyś to wiedzieć?
I znów krew zalepia mi oczy. Jest jej tak dużo, że można poczuć ją na języku. Lalka patrzy się na mnie swymi szklanymi oczętami. Czy ktoś zostawił ją tutaj naumyślnie? W ciemności wszystko wydaje się złowrogie. Jej naderwany kubraczek szeleści targany przez wiatr. Księżyc zdaje się wzmagać wszelkie dźwięki niczym megafon. Nie wiem czy ciągle pada, czy po prostu wciąż jestem mokry. Ale chyba od tego się zaczęło, czyż nie? Wszystko narodziło się w deszczu, tak trwa i pewnie tak też sczeźnie. Ogień, deszcz i krew - z nich powstałem. Gdyż nie ma dymu bez ognia, nie ma uśmiechu bez krwi i nie ma słońca bez deszczu. O słońce, tyle razy spoglądałem w twym kierunku zastanawiając się czy ktoś kryje się w twych promieniach. Rozmyślając czy ktoś z góry odpowiada mi spojrzeniem. Świetlisty tron jednak stoi pusty, płonącogrzywe rumaki rozbiegły się po firmamencie, zostawiając rydwan w niełasce. Wtedy zrozumiałem, że to, co się liczy najbardziej, to właśnie mój prywatny wszechświat. Wszechświat, który nie istniał zanim się narodziłem i po którym nie pozostanie już nic, gdy odejdę. Pomimo, a może właśnie dzięki, jego niedoskonałościom i szczerej prostocie jego istnienia wiem, że oddałbym życie, aby go ocalić. Sam jestem panem swego życia i bogiem swojego prywatnego wszechświata. Nie szukam już nikogo w słońcu, teraz wystarczy mi lustro. Znalazłem odpowiedź i mówię to dumnie - jestem sam potrójnie.
- Nie dzisiaj, ziom. Nie dzisiaj.
- Ale powiedz mi, że jeszcze tego nie zjebałeś.
- No, jeszcze nie.
- Jeszcze? Czyli ile masz czasu?
- Stary, mówiłem - nie dzisiaj.
- Ok. Ale jutro, dobra?
- Spoko, spoko. Tylko, że jutro znów będzie dzisiaj.
Nie mogę się odezwać. Moje usta są pełne krwi. Funkcjonuję na granicy niebytu, idąc wzdłuż cienkiej linii, granicy między jawą a snem, która zdaje się zanikać. Czy jest coś poza mną i moimi myślami? Osoby, które spotykam każdego dnia zdają się być przerysowane. Czy możliwe, że je wymyśliłem? Boję się podnieść oczy i spojrzeć na swoje słowa. Zgubiłem się gdzieś pomiędzy fantazją a zimną niczym stal rzeczywistością. No, dalej, spójrz na to, co napisałeś. Serio? Dalej będziesz zachowywał się jak dziecko? Dobrze wiesz, że strach dyktował ci warunki całe życie. Ale przecież strach jest dobry, prawda? Sam już nie wiem. Kiedy raz zwątpisz we własne myśli, nie ma już odwrotu. Czy naprawę tak uważam czy już pogubiłem się w swoich kłamstwach? Tak długo przekonywałem się do danego poglądu, że nie wiem już czy szczerze w niego wierzę. Czuję dreszcze i dziwne uczucie ciężkości. Chorobę bez przyczyny, z objawami, które sam stworzyłem. Czy mój organizm może dawać mi jakieś znaki? Podświadomość wykręca mi flaki bym przyznał jak źle ze mną jest. Tej kurwie pewnie wszystko się układa. Pięty nie mogą znieść już ciężaru mojej głowy. Zabawne wydaje się lepienie słów nie mając wglądu w duży obrazek. Nie wiem nawet jaki mam kolor włosów czy oczu, skąd mam wiedzieć co robić? Dziecko tkwiące we mnie, na które wielokrotnie starałem się przerzucić piętno winy, już odeszło. Czy naprawdę wbrew wszystkiemu co chciałem i myślałem w końcu dorosłem? Brakuje mi drugiej osoby, a jednocześnie pławię się w swojej samotności. Nic nigdy nie było dla mnie tak ważne jak niezależność. Zbyt wiele razy widziałem, co jest w stanie osiągnąć mój mózg, bym nagle przestał w niego wierzyć. Jednak gdzie jest ta pierdolona ambicja? Poszła z dymem, stary. Z dymem.
Trzask. Uciekaj mały szczurku, biegnij w swoim kółeczku. Szybciej, szybciej! Podążaj za swym zdradliwym węchem, goń zapachy niczym dziecko bańki mydlane. Czujesz tę krew, szczurku? Spójrz na swoje łapy. Tak, to wszystko twoj dzieło. Biegnij i szukaj, łap i zabijaj. Jak to jest, że każda istota na ziemi dokładnie wie co ma robić poza tobą? Ptaki wiedzą kiedy odlecieć na południe. Mały, najmniejszy z owadów wie, gdzie się udać po pożywienie, jak przetrwać. Pozostawiony na pustyni skorpion znajduje wszystko, co mu potrzebne. Noworodek obejmuje ustami matczyną pierś i pędzony instynktem ssie życiodajne mleko. Jakim cudem ty gubisz się we własnej głowie? Nawet pierdolony plankton wie co ma robić, a ty nie. Biegasz na oślep, mały szczurku. Ciągnie cię do krwi, żywisz się cudzymi porażkami, chłoniesz niepowodzenia. Lewa przed prawą, po kościach, po czaszkach i już jesteś na szczycie. To tylko miraże. Ziemia zaczyna trząść się pod twoimi łapkami. Zapadasz się. I już jest zimniej i już jest ciemniej. I znów pachnie krwią. Czujesz? To musi być gdzieś w tamtym kierunku. Biegnij. Biegnij, szczurku! Cały czas przed siebie, cały czas do końca. Walcz i atakuj, rozrywaj i pożeraj. Twoja droga nigdy się nie skończy. W kole bowiem nie ma ślepych uliczek. Dopóki biegniesz - przegrasz, szczurku. Ale skąd miałbyś to wiedzieć?
I znów krew zalepia mi oczy. Jest jej tak dużo, że można poczuć ją na języku. Lalka patrzy się na mnie swymi szklanymi oczętami. Czy ktoś zostawił ją tutaj naumyślnie? W ciemności wszystko wydaje się złowrogie. Jej naderwany kubraczek szeleści targany przez wiatr. Księżyc zdaje się wzmagać wszelkie dźwięki niczym megafon. Nie wiem czy ciągle pada, czy po prostu wciąż jestem mokry. Ale chyba od tego się zaczęło, czyż nie? Wszystko narodziło się w deszczu, tak trwa i pewnie tak też sczeźnie. Ogień, deszcz i krew - z nich powstałem. Gdyż nie ma dymu bez ognia, nie ma uśmiechu bez krwi i nie ma słońca bez deszczu. O słońce, tyle razy spoglądałem w twym kierunku zastanawiając się czy ktoś kryje się w twych promieniach. Rozmyślając czy ktoś z góry odpowiada mi spojrzeniem. Świetlisty tron jednak stoi pusty, płonącogrzywe rumaki rozbiegły się po firmamencie, zostawiając rydwan w niełasce. Wtedy zrozumiałem, że to, co się liczy najbardziej, to właśnie mój prywatny wszechświat. Wszechświat, który nie istniał zanim się narodziłem i po którym nie pozostanie już nic, gdy odejdę. Pomimo, a może właśnie dzięki, jego niedoskonałościom i szczerej prostocie jego istnienia wiem, że oddałbym życie, aby go ocalić. Sam jestem panem swego życia i bogiem swojego prywatnego wszechświata. Nie szukam już nikogo w słońcu, teraz wystarczy mi lustro. Znalazłem odpowiedź i mówię to dumnie - jestem sam potrójnie.
poniedziałek, 6 maja 2013
Żyjemy w świecie, w którym to ogon merda psem
- Tylko nic nie kombinuj!
- Ja nic nie kombinuję. Nie jestem kombinatorem, nie jestem takim typem człowieka. Jestem prostym ziomem.
- Słucham?
- Prostym ziomem.
Niesforny zefir trącił gałęzie. Listki zadrżały od podmuchu, wydając złowrogi świst. Księżycowa łuna oblała korony drzew, fałszywie wyostrzając kontury. W powietrzu dało się czuć zapach żywicznych szyszek, a pomiędzy nim odór złych decyzji i poległych idei. Czy wszystko nie potoczyłoby się inaczej, gdyby przyjąć to za zły omen?
Trzy małe wiewióreczki siedziały beztrosko na nadpsutym próchnicą konarze. Jedna z nich grzebała łapkami gdzieś pomiędzy swą puszystą kitą. Dwie pozostałe spoglądały z uwagą i wyczekaniem na jej poczynania. Ukradkiem łypały na najbliższe otoczenie, starając się spenetrować wzrokiem nieprzeniknioną ciemność. Gdyby stać bliżej nich, można by dosłyszeć się lekkiej sprzeczki poszarpanej śmiechem i dokazywaniem. Był to jeden z tych nic nie wznoszących wieczorów, powietrze jednak było w jakiś sposób podejrzanie gęste. Nagle małe, rude uszko nastroszyło się w niepokoju. Z pyszczka spełzł uśmiech, niczym strużka rozgrzanego wosku ze świeczki. Synapsy zostały zbombardowane gromem rozszalałych impulsów. Było już jednak za późno.
Błysk lamp wiewiórczego gestapo zgwałcił brutalnie korony drzew, obnażając nawet najdrobniejsze niedoskonałości kory. Dwie wielkie, czarne wiewióry wyłoniły się z otchłani nocy, materializując się na spróchniałym konarze. Temperatura spadła gwałtownie, dobrze poniżej zera, mrożąc łyka w listkach. Rude kity stanęły dęba, dygocząc ze strachu i zimna. Złowrogie postacie ze służbistym drygiem zajęły się przeczesywaniem otoczenia. Bez trudu znaleźli pół orzeszka ziemnego leżącego tuż przy przerażonych wiewióreczkach. Ich chłodne ślepia rozbłysły jakąś chorą satysfakcją. Od razu zabrały trzem ofiarom ich dowody gryzoniowe, po czym zabrały się za indywidualne, wnikliwe przetrzepywanie futerek. Nie znaleźli nic więcej poza paroma łupinami. Jednak im nadal było mało. Zaczęli ujadać pyskami w furii, wyrzucali z siebie pytania zmieszane z pianą. Pytali nawet o jakieś inne, twardsze orzechy, tak, jakby te trzy Bogu ducha winne, rude istotki wyglądały na pistacjonistów. Straszyli je, że jeżeli żadna z nich się nie przyzna, to wszystkie trzy wylądują zaraz w ich kwaterze, gdzie zrobią im z kit jesień, czy tam zimę, jakiegoś człowiecza. Wiewióreczka, która przez cały czas siedziała cicho z boku, w przypływie futrzanej solidarności uniosła niepewnie swój pyszczek i powiedziała, że to jej orzeszek. Bezduszni gestapowcy doskoczyli do niej w oszalałym podnieceniu, wykręcając jej łapki za grzbiet i mocno krępując wikliną. Ich opętane ślepia zwróciły się w kierunku pozostałej dwójki, a pyski szczeknęły coś niezrozumiałego. Zabrawszy podejrzanego zniknęli w odmętach ciemności, tak nagle, jak się pojawili, pozostawiając dwie pary antracytowych oczek zawieszonych na nieistniejącym już punkcie.
Widzicie te korony drzew ciągnące się ku horyzontowi? To wszystko kiedyś będzie wasze, małe wiewióreczki. Czy to kiedyś już nastało? Nadchodzą kolejne szczeble w drabinie, nie pozwólmy więc dłużej gnić naszym racjom w bagnie. Pora wyciągnąć kłody spod nóg. Łączmy się i kłębmy, wiewiórze siostry i bracia. Niech nasza siła rozbłyśnie setką tysięcy płomieni, gdyż czas małych ogników już przeminął. Śpieszmy się jednak, zanim paranoja wpełźnie w nasze życia. I zagnieździ się w nich na dobre.
- Ja nic nie kombinuję. Nie jestem kombinatorem, nie jestem takim typem człowieka. Jestem prostym ziomem.
- Słucham?
- Prostym ziomem.
Niesforny zefir trącił gałęzie. Listki zadrżały od podmuchu, wydając złowrogi świst. Księżycowa łuna oblała korony drzew, fałszywie wyostrzając kontury. W powietrzu dało się czuć zapach żywicznych szyszek, a pomiędzy nim odór złych decyzji i poległych idei. Czy wszystko nie potoczyłoby się inaczej, gdyby przyjąć to za zły omen?
Trzy małe wiewióreczki siedziały beztrosko na nadpsutym próchnicą konarze. Jedna z nich grzebała łapkami gdzieś pomiędzy swą puszystą kitą. Dwie pozostałe spoglądały z uwagą i wyczekaniem na jej poczynania. Ukradkiem łypały na najbliższe otoczenie, starając się spenetrować wzrokiem nieprzeniknioną ciemność. Gdyby stać bliżej nich, można by dosłyszeć się lekkiej sprzeczki poszarpanej śmiechem i dokazywaniem. Był to jeden z tych nic nie wznoszących wieczorów, powietrze jednak było w jakiś sposób podejrzanie gęste. Nagle małe, rude uszko nastroszyło się w niepokoju. Z pyszczka spełzł uśmiech, niczym strużka rozgrzanego wosku ze świeczki. Synapsy zostały zbombardowane gromem rozszalałych impulsów. Było już jednak za późno.
Błysk lamp wiewiórczego gestapo zgwałcił brutalnie korony drzew, obnażając nawet najdrobniejsze niedoskonałości kory. Dwie wielkie, czarne wiewióry wyłoniły się z otchłani nocy, materializując się na spróchniałym konarze. Temperatura spadła gwałtownie, dobrze poniżej zera, mrożąc łyka w listkach. Rude kity stanęły dęba, dygocząc ze strachu i zimna. Złowrogie postacie ze służbistym drygiem zajęły się przeczesywaniem otoczenia. Bez trudu znaleźli pół orzeszka ziemnego leżącego tuż przy przerażonych wiewióreczkach. Ich chłodne ślepia rozbłysły jakąś chorą satysfakcją. Od razu zabrały trzem ofiarom ich dowody gryzoniowe, po czym zabrały się za indywidualne, wnikliwe przetrzepywanie futerek. Nie znaleźli nic więcej poza paroma łupinami. Jednak im nadal było mało. Zaczęli ujadać pyskami w furii, wyrzucali z siebie pytania zmieszane z pianą. Pytali nawet o jakieś inne, twardsze orzechy, tak, jakby te trzy Bogu ducha winne, rude istotki wyglądały na pistacjonistów. Straszyli je, że jeżeli żadna z nich się nie przyzna, to wszystkie trzy wylądują zaraz w ich kwaterze, gdzie zrobią im z kit jesień, czy tam zimę, jakiegoś człowiecza. Wiewióreczka, która przez cały czas siedziała cicho z boku, w przypływie futrzanej solidarności uniosła niepewnie swój pyszczek i powiedziała, że to jej orzeszek. Bezduszni gestapowcy doskoczyli do niej w oszalałym podnieceniu, wykręcając jej łapki za grzbiet i mocno krępując wikliną. Ich opętane ślepia zwróciły się w kierunku pozostałej dwójki, a pyski szczeknęły coś niezrozumiałego. Zabrawszy podejrzanego zniknęli w odmętach ciemności, tak nagle, jak się pojawili, pozostawiając dwie pary antracytowych oczek zawieszonych na nieistniejącym już punkcie.
Widzicie te korony drzew ciągnące się ku horyzontowi? To wszystko kiedyś będzie wasze, małe wiewióreczki. Czy to kiedyś już nastało? Nadchodzą kolejne szczeble w drabinie, nie pozwólmy więc dłużej gnić naszym racjom w bagnie. Pora wyciągnąć kłody spod nóg. Łączmy się i kłębmy, wiewiórze siostry i bracia. Niech nasza siła rozbłyśnie setką tysięcy płomieni, gdyż czas małych ogników już przeminął. Śpieszmy się jednak, zanim paranoja wpełźnie w nasze życia. I zagnieździ się w nich na dobre.
Tagi:
drzewa,
gestapo,
las,
mapecie opowieści,
mapet,
mapetowo,
opowiadanie,
orzeszki,
paranoja,
prosty ziom,
uwędziwszy,
wiewióreczki,
wiewiórki
poniedziałek, 11 lutego 2013
Surowy trans
- To może być początkiem, jak i końcem czy środkiem.
- Jak i niczym. Właśnie nie wiem co o tym myśleć. Pierwszy raz zryłem sam siebie.
- Wyobraźnia - na nią nie ma bata.
- Od bata się właśnie zaczyna.
- Zły dobór słów.
- Podświadomość, typie.
Cały czas słyszę jej kaszel w głowie. Po tych kilku charkliwych dźwiękach, stwierdziłem, że to dziewczynka. Ale czy na pewno? Czy w ogóle słyszałem ten głos? A może to sumienie daje mi do zrozumienia, że powinienem przestać palić? To wydarzyło się przed momentem, a czuję jakby minęły wieki. Chociaż zaraz, kiedy to właściwie było? To wspomnienie czy sen? Czy możliwe, że właśnie to wymyśliłem? Nie, no chwila, to było wczoraj, tak? Ale gdzie ja byłem wczoraj? W co byłem ubrany? Jaka była pogoda? Muszę znaleźć swój telefon. Czemu tu nie ma moich rzeczy?! Ale jakich rzeczy? Moment, gdzie ja w ogóle jestem? Idę ulicą. Czemu się zatrzymałem? Jak długo stałem tutaj? Muszę się ukryć przed deszczem, ale przecież nie pada. Co to jest kurwa za ulica? Uspokój się, przecież ty nigdzie nie idziesz, jesteś w domu. Siedzisz na łóżku, wszystko jest w porządku. Ale, to nie jest mój pokój. Nigdy nie widziałem tego obrazu, a materac wydaje się dziwny w dotyku. Jaki kolor mają ściany? Jest tak ciemno czy ja nie widzę barw? Raz... Dwa... Trzy... Cztery... Pięć... Znów słyszę jej kaszel. Czy od tego to się zaczęło? Mogłem jej pomóc. Spokojnie, zamknij oczy. Ale one są zamknięte. Myślisz, że mogły być zamknięte cały czas? Uciekaj przed deszczem. Nie, chwila, nie wstawaj z tego łózka. Pomyśl, gdzie możesz być? Czy to może być sen? Podnieś książkę ze stolika, sprawdź tytuł. "Obserwowany przez kruki". Nigdy o niej nie słyszałem, czy mój mózg mógłby sam to wymyślić? Przeczytaj kilka pierwszych zdań. Czarne wszechwidzące oko, przepaść bez dna. One cię widzą! Jest już za późno. To niemożliwe, czy ja gdzieś to kiedyś przeczytałem? Przerzuć na jakąkolwiek stronę, szybko byle jaką. Czterysta dwadzieścia. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Co to kurwa jest?! Czyj to jest dom?! Gdzie ja kurwa jestem?! O czym ty mówisz? Uspokój się, przechodzisz przez ulicę. Poszukaj lepiej jakiegoś daszku albo większego drzewa, zaraz cały zmokniesz. W oddali dudni chód zaworów, przenikliwy pisk otwieranej bramy. Czy ktoś kaszle? Książka spadła z hukiem na parkiet. Czy jestem tutaj sam? Zdawało mi się, że słyszę coś na dole. Ale czy tu w ogóle jest jakiś dół? Sufity są ścięte, wygląda jakbym znajdował się na piętrze. To kroki czy tylko sprzężenia drewna? Ale moment, czemu tu nie ma okien? O, nareszcie jakiś daszek! Kurwa, oczywiście musiałem wdepnąć w najgłębszą kałużę. Tutaj przynajmniej na mnie nie pada, ale i tak czuję się jakbym wyszedł w ubraniach z basenu. Brak barw stał się zrozumiały, przecież tu nie ma żadnego światła. Jak, w takim razie. jestem w stanie widzieć tak dobrze? To niemożliwe, żeby mój wzrok penetrował totalną ciemność. Raz... Dwa... Trzy... Cztery... Pięć... Czy ten materac jest mokry? Czy to moje ręce? Jest noc czy dzień? Chwila, ja w ogóle jestem w Polsce? Ej, ej, już bez przesady. Jak miałbyś się znaleźć za granicą? Poza tym czytałeś przed chwilą książkę po polsku, prawda? Ale czy na pewno? Podnieś ją z ziemi. Co to jest kurwa za język?! Grzmot gnał zaraz za błyskawicą, musiało uderzyć gdzieś blisko, ale się rozpadało. Muszę odkaszlnąć. Czy ktoś pukał? Zwariowałeś, nie wychodź stąd! To wszystko zdaje się być niemożliwe, ty nie możesz tutaj być. Nic tutaj nie wydaje się znajome. To z pewnością nie jest mój obraz. Kogo on w ogóle przedstawia? Nie, to nie mogę być ja. Kap, kap, kap. Czy na pewno nic jej się nie stało? Myślisz, że powinienem był zawrócić? Czuje się jakby ona ciągle kaszlała. Dźwięki zaczynają razić mi oczy. Już tylko, kilka kroków, zaraz będziesz w domu. Jak długo szedłem? Ktoś zauważył, że mnie nie ma? Czy jest ktoś, kogo mogłoby to obejść? Czemu jest tak ciemno, czy jest noc? Nie, niebo jest czarne od kruków.
- Jak i niczym. Właśnie nie wiem co o tym myśleć. Pierwszy raz zryłem sam siebie.
- Wyobraźnia - na nią nie ma bata.
- Od bata się właśnie zaczyna.
- Zły dobór słów.
- Podświadomość, typie.
Cały czas słyszę jej kaszel w głowie. Po tych kilku charkliwych dźwiękach, stwierdziłem, że to dziewczynka. Ale czy na pewno? Czy w ogóle słyszałem ten głos? A może to sumienie daje mi do zrozumienia, że powinienem przestać palić? To wydarzyło się przed momentem, a czuję jakby minęły wieki. Chociaż zaraz, kiedy to właściwie było? To wspomnienie czy sen? Czy możliwe, że właśnie to wymyśliłem? Nie, no chwila, to było wczoraj, tak? Ale gdzie ja byłem wczoraj? W co byłem ubrany? Jaka była pogoda? Muszę znaleźć swój telefon. Czemu tu nie ma moich rzeczy?! Ale jakich rzeczy? Moment, gdzie ja w ogóle jestem? Idę ulicą. Czemu się zatrzymałem? Jak długo stałem tutaj? Muszę się ukryć przed deszczem, ale przecież nie pada. Co to jest kurwa za ulica? Uspokój się, przecież ty nigdzie nie idziesz, jesteś w domu. Siedzisz na łóżku, wszystko jest w porządku. Ale, to nie jest mój pokój. Nigdy nie widziałem tego obrazu, a materac wydaje się dziwny w dotyku. Jaki kolor mają ściany? Jest tak ciemno czy ja nie widzę barw? Raz... Dwa... Trzy... Cztery... Pięć... Znów słyszę jej kaszel. Czy od tego to się zaczęło? Mogłem jej pomóc. Spokojnie, zamknij oczy. Ale one są zamknięte. Myślisz, że mogły być zamknięte cały czas? Uciekaj przed deszczem. Nie, chwila, nie wstawaj z tego łózka. Pomyśl, gdzie możesz być? Czy to może być sen? Podnieś książkę ze stolika, sprawdź tytuł. "Obserwowany przez kruki". Nigdy o niej nie słyszałem, czy mój mózg mógłby sam to wymyślić? Przeczytaj kilka pierwszych zdań. Czarne wszechwidzące oko, przepaść bez dna. One cię widzą! Jest już za późno. To niemożliwe, czy ja gdzieś to kiedyś przeczytałem? Przerzuć na jakąkolwiek stronę, szybko byle jaką. Czterysta dwadzieścia. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Nigdy im nie uciekniesz. Co to kurwa jest?! Czyj to jest dom?! Gdzie ja kurwa jestem?! O czym ty mówisz? Uspokój się, przechodzisz przez ulicę. Poszukaj lepiej jakiegoś daszku albo większego drzewa, zaraz cały zmokniesz. W oddali dudni chód zaworów, przenikliwy pisk otwieranej bramy. Czy ktoś kaszle? Książka spadła z hukiem na parkiet. Czy jestem tutaj sam? Zdawało mi się, że słyszę coś na dole. Ale czy tu w ogóle jest jakiś dół? Sufity są ścięte, wygląda jakbym znajdował się na piętrze. To kroki czy tylko sprzężenia drewna? Ale moment, czemu tu nie ma okien? O, nareszcie jakiś daszek! Kurwa, oczywiście musiałem wdepnąć w najgłębszą kałużę. Tutaj przynajmniej na mnie nie pada, ale i tak czuję się jakbym wyszedł w ubraniach z basenu. Brak barw stał się zrozumiały, przecież tu nie ma żadnego światła. Jak, w takim razie. jestem w stanie widzieć tak dobrze? To niemożliwe, żeby mój wzrok penetrował totalną ciemność. Raz... Dwa... Trzy... Cztery... Pięć... Czy ten materac jest mokry? Czy to moje ręce? Jest noc czy dzień? Chwila, ja w ogóle jestem w Polsce? Ej, ej, już bez przesady. Jak miałbyś się znaleźć za granicą? Poza tym czytałeś przed chwilą książkę po polsku, prawda? Ale czy na pewno? Podnieś ją z ziemi. Co to jest kurwa za język?! Grzmot gnał zaraz za błyskawicą, musiało uderzyć gdzieś blisko, ale się rozpadało. Muszę odkaszlnąć. Czy ktoś pukał? Zwariowałeś, nie wychodź stąd! To wszystko zdaje się być niemożliwe, ty nie możesz tutaj być. Nic tutaj nie wydaje się znajome. To z pewnością nie jest mój obraz. Kogo on w ogóle przedstawia? Nie, to nie mogę być ja. Kap, kap, kap. Czy na pewno nic jej się nie stało? Myślisz, że powinienem był zawrócić? Czuje się jakby ona ciągle kaszlała. Dźwięki zaczynają razić mi oczy. Już tylko, kilka kroków, zaraz będziesz w domu. Jak długo szedłem? Ktoś zauważył, że mnie nie ma? Czy jest ktoś, kogo mogłoby to obejść? Czemu jest tak ciemno, czy jest noc? Nie, niebo jest czarne od kruków.
sobota, 9 lutego 2013
Ten kwadrat czasem jest jak sześcian w Cube'ie
- Co tam ogólnie?
- W sumie nic ciekawego. Zabieram się za jakieś pisanie od kilku dni, ale coś nie mogę. Blokada.
- Widocznie musisz się dotlenić.
- No, na to wychodzi.
[...]
- Dwa czy elkę?
- Wolałbym dwa chyba.
- Dawaj, ogarnę elkę. Będzie git.
- Dobra, niech będzie.
Poprzedniej nocy miałem przyjemny koszmar. Spływająca po moim policzku krwawa łza oderwała się od skóry i wpadła do purpurowej kałuży. Spojrzałem w kierunku zmąconej tafli, a ta przedstawiła mi moje odbicie. Nie miałem na sobie żadnych włosów, zastąpiły je blizny od cięć brzytwy. Patrzyłem na siebie pustymi oczodołami, jakby moich oczu nigdy tam nie było. Jakbym nigdy prawdziwie nie widział. Uniosłem rękę w kierunku moich popękanych ust, po czym oderwałem swe wargi od twarzy, tak, jakbym zrywał folię z paczki papierosów. Obnażone zęby wykrzywione były w sztucznym, znerwicowanym uśmiechu.
Zapach palonego mięsa zaatakował moje nozdrza. Płomienie łakomie trawiły powierzchnie mojej skóry, węgląc tkanki i nadgryzając kości. Oglądałem moje obumierające komórki ze stoickim spokojem i ciekawością dziecka. Znudziwszy się jednak obserwacją, wstałem i nadal płonąc, udałem się na spacer.
Szedłem kwiecistą łąką, wypalając ścieżkę pod stopami. Nagle, na swojej drodze spotkałem potężne, pomarańczowe drzewo. Jego konary zdawały się wić kilometrami ku nieboskłonowi. Wokół pnia chodziła zapracowana dziewczyna, zbierając te z pomarańczy, które martwe spoczywały w trawie. Podniosła głowę i wpatrując w moją pozbawioną oczu twarz, uśmiechnęła się. Był to jeden z tych zwykłych uśmiechów, które serwujemy kelnerowi czy osobie, która przytrzymała dla nas drzwi, jednak coś w nim mnie zaintrygowało. Rozmarzyłem się w nim, słyszałem jak do mnie mówi: "Dotknij mnie. Nie swymi rękoma, jednak tak, abym cię poczuła. Przytul mnie. Nie swymi rękoma, lecz wnętrzem swojej duszy". Dziewczyna przyglądając mi się, przechyliła lekko głowę w lewą stronę niczym ciekawski pies. Sięgnęła do swego fartuszka dobywając dorodną pomarańczę i rzuciła mi owoc do rąk. Zapominając o trawiących mnie płomieniach, odruchowo ją złapałem, ta jednak pozostała nienaruszona. Zacisnąłem palce z niedowierzaniem na chropowatej skórce i mógłbym przysiąc, że czułem bijące w środku serce.
Po horyzoncie przetoczył się pokryty mchem kamień. Dziewczyna nie stała już przede mną ubrana w ubłocony fartuszek. Z jej ramion zwisała przewiewna sukienka. Biel była zdecydowanie jej kolorem, wyglądała w niej zjawiskowo. Patrząc na jej anielskie piękno i nieskazitelność, cieszyłem się z braku oczu oraz tego, że oczyszczający ogień wypalił już większość mojego grzechu. Nie zdzierżyłbym bowiem myśli, iż kalam ją swym nieczystym spojrzeniem. Na jej gładkiej twarzy znów zagościł uśmiech, tym razem jeszcze szerszy i prawdziwszy. Anielica odchyliła głowę do tyłu i rozłożyła swe ręce na boki. Skryte, pomiędzy liśćmi pomarańczowego drzewa, nuty rozbiegły się po niebie. Uderzały o siebie w podniebnym tańcu, wydając niewyobrażalne dźwięki. Nóż bowiem zaczyna śpiewać dopiero, gdy spotka się w ciosie z drugim. Powietrze wypełniło brzmienie skrzypiec. Piękna istota w białej sukni zaczęła obracać się i tańczyć z wyrazem błogości na twarzy. Tracąc z oczu jej uśmiech, traciłem zmysły. Szybko jednak odnajdowałem je ponownie. Ruszała się jak mała dziewczynka, bawiąca się przed domem, a przy niej sam czułem się jak dziecko. Poruszone jej bosymi stopami kwiaty zaczęły pylić, walcząc z odorem spalenizny. Mój świat poruszał się w rytm jej tańca.
Nagle, niebo rozdarło się na pół niczym przecięte nożem, a spomiędzy rozdarcia spłynął rzęsisty deszcz. Spoglądając na swe dłonie, z radością stwierdziłem, że zbawienne krople ugasiły otaczające mnie płomienie. Podniosłem szybko głowę w kierunku pięknego anioła, ledwo tłumiąc krzyk radości, szczęśliwy, że nareszcie mogę ją dotknąć. Przede mną stało jednak jedynie pomarańczowe drzewo, a ja nawet nie mogłem przypomnieć sobie jej twarzy. Tęsknota i poczucie utraty czegoś, czego nigdy nie miałem, raniło dotkliwiej od ognia. Coś, co umarło zanim się jeszcze urodziło, budziło smutek niczym dziecko poległe w łonie matki. To, co pozostało z mojej cielesnej powłoki wyło, a blizny zdawały się rozdzierać na nowo. Mój umysł zepchnął mnie do strasznej, ciemnej piwnicy, a ja byłem zbyt przerażony schodami żeby wyjść. Poczułem zimno i smak krwi na języku. Każdy mój oddech coraz bardziej zalewał płuca smołą, aż czerń pochłonęła mnie doszczętnie.
Obudziłem się z mojego przyjemnego koszmaru zlany potem. Serce galopowało mi w piersi jak oszalałe, chcąc wyrwać się z pomiędzy żeber. Usiadłem na skraju łóżka i starałem się ochłonąć, pomagając sobie sporym łykiem wody. Spokojnie, już jesteś bezpieczny. To był tylko sen, nic się nie stało. Nie staraj się z nim walczyć, lepiej wyciągnij z niego jakąś naukę. Przyjmij wszystko, co życie ma do zaoferowania, tak, jakbyś unosił kielich ku górze, gdy ktoś rozlewa wino. A co z bólem? Ból to tylko przypomnienie, że wciąż żyjemy.
- W sumie nic ciekawego. Zabieram się za jakieś pisanie od kilku dni, ale coś nie mogę. Blokada.
- Widocznie musisz się dotlenić.
- No, na to wychodzi.
[...]
- Dwa czy elkę?
- Wolałbym dwa chyba.
- Dawaj, ogarnę elkę. Będzie git.
- Dobra, niech będzie.
Poprzedniej nocy miałem przyjemny koszmar. Spływająca po moim policzku krwawa łza oderwała się od skóry i wpadła do purpurowej kałuży. Spojrzałem w kierunku zmąconej tafli, a ta przedstawiła mi moje odbicie. Nie miałem na sobie żadnych włosów, zastąpiły je blizny od cięć brzytwy. Patrzyłem na siebie pustymi oczodołami, jakby moich oczu nigdy tam nie było. Jakbym nigdy prawdziwie nie widział. Uniosłem rękę w kierunku moich popękanych ust, po czym oderwałem swe wargi od twarzy, tak, jakbym zrywał folię z paczki papierosów. Obnażone zęby wykrzywione były w sztucznym, znerwicowanym uśmiechu.
Zapach palonego mięsa zaatakował moje nozdrza. Płomienie łakomie trawiły powierzchnie mojej skóry, węgląc tkanki i nadgryzając kości. Oglądałem moje obumierające komórki ze stoickim spokojem i ciekawością dziecka. Znudziwszy się jednak obserwacją, wstałem i nadal płonąc, udałem się na spacer.
Szedłem kwiecistą łąką, wypalając ścieżkę pod stopami. Nagle, na swojej drodze spotkałem potężne, pomarańczowe drzewo. Jego konary zdawały się wić kilometrami ku nieboskłonowi. Wokół pnia chodziła zapracowana dziewczyna, zbierając te z pomarańczy, które martwe spoczywały w trawie. Podniosła głowę i wpatrując w moją pozbawioną oczu twarz, uśmiechnęła się. Był to jeden z tych zwykłych uśmiechów, które serwujemy kelnerowi czy osobie, która przytrzymała dla nas drzwi, jednak coś w nim mnie zaintrygowało. Rozmarzyłem się w nim, słyszałem jak do mnie mówi: "Dotknij mnie. Nie swymi rękoma, jednak tak, abym cię poczuła. Przytul mnie. Nie swymi rękoma, lecz wnętrzem swojej duszy". Dziewczyna przyglądając mi się, przechyliła lekko głowę w lewą stronę niczym ciekawski pies. Sięgnęła do swego fartuszka dobywając dorodną pomarańczę i rzuciła mi owoc do rąk. Zapominając o trawiących mnie płomieniach, odruchowo ją złapałem, ta jednak pozostała nienaruszona. Zacisnąłem palce z niedowierzaniem na chropowatej skórce i mógłbym przysiąc, że czułem bijące w środku serce.
Po horyzoncie przetoczył się pokryty mchem kamień. Dziewczyna nie stała już przede mną ubrana w ubłocony fartuszek. Z jej ramion zwisała przewiewna sukienka. Biel była zdecydowanie jej kolorem, wyglądała w niej zjawiskowo. Patrząc na jej anielskie piękno i nieskazitelność, cieszyłem się z braku oczu oraz tego, że oczyszczający ogień wypalił już większość mojego grzechu. Nie zdzierżyłbym bowiem myśli, iż kalam ją swym nieczystym spojrzeniem. Na jej gładkiej twarzy znów zagościł uśmiech, tym razem jeszcze szerszy i prawdziwszy. Anielica odchyliła głowę do tyłu i rozłożyła swe ręce na boki. Skryte, pomiędzy liśćmi pomarańczowego drzewa, nuty rozbiegły się po niebie. Uderzały o siebie w podniebnym tańcu, wydając niewyobrażalne dźwięki. Nóż bowiem zaczyna śpiewać dopiero, gdy spotka się w ciosie z drugim. Powietrze wypełniło brzmienie skrzypiec. Piękna istota w białej sukni zaczęła obracać się i tańczyć z wyrazem błogości na twarzy. Tracąc z oczu jej uśmiech, traciłem zmysły. Szybko jednak odnajdowałem je ponownie. Ruszała się jak mała dziewczynka, bawiąca się przed domem, a przy niej sam czułem się jak dziecko. Poruszone jej bosymi stopami kwiaty zaczęły pylić, walcząc z odorem spalenizny. Mój świat poruszał się w rytm jej tańca.
Nagle, niebo rozdarło się na pół niczym przecięte nożem, a spomiędzy rozdarcia spłynął rzęsisty deszcz. Spoglądając na swe dłonie, z radością stwierdziłem, że zbawienne krople ugasiły otaczające mnie płomienie. Podniosłem szybko głowę w kierunku pięknego anioła, ledwo tłumiąc krzyk radości, szczęśliwy, że nareszcie mogę ją dotknąć. Przede mną stało jednak jedynie pomarańczowe drzewo, a ja nawet nie mogłem przypomnieć sobie jej twarzy. Tęsknota i poczucie utraty czegoś, czego nigdy nie miałem, raniło dotkliwiej od ognia. Coś, co umarło zanim się jeszcze urodziło, budziło smutek niczym dziecko poległe w łonie matki. To, co pozostało z mojej cielesnej powłoki wyło, a blizny zdawały się rozdzierać na nowo. Mój umysł zepchnął mnie do strasznej, ciemnej piwnicy, a ja byłem zbyt przerażony schodami żeby wyjść. Poczułem zimno i smak krwi na języku. Każdy mój oddech coraz bardziej zalewał płuca smołą, aż czerń pochłonęła mnie doszczętnie.
Obudziłem się z mojego przyjemnego koszmaru zlany potem. Serce galopowało mi w piersi jak oszalałe, chcąc wyrwać się z pomiędzy żeber. Usiadłem na skraju łóżka i starałem się ochłonąć, pomagając sobie sporym łykiem wody. Spokojnie, już jesteś bezpieczny. To był tylko sen, nic się nie stało. Nie staraj się z nim walczyć, lepiej wyciągnij z niego jakąś naukę. Przyjmij wszystko, co życie ma do zaoferowania, tak, jakbyś unosił kielich ku górze, gdy ktoś rozlewa wino. A co z bólem? Ból to tylko przypomnienie, że wciąż żyjemy.
niedziela, 3 lutego 2013
Jedni rzucają kości, inni je kruszą
- Zawiodłaś mnie.
- Czemu?
- Jakoś tak anemicznie dzisiaj. Nie mam żadnej satysfakcji z tej słownej przepychanki.
- Zbieram siły na ostateczne starcie.
- Za wysoko lecisz - zmysły tracisz.
- I o to chodzi, stary. Cztery wymiary.
- Ha ha, szacun.
Zgrzyt siarczanej głowy na drasce. Iskry, pędzone pierwotnym instynktem, rozbiegły się w popłochu. W panice, prowadzącej do bratobójczej walki o przetrwanie. Syk rozrywający serce ciszy. Woń spalenizny uniosła się w powietrzu, wraz z malutkimi wstążkami dymu, które zaplotły się w zanikający powoli warkocz. Taniec błędnego ognika na drewnianym torsie. W podrygującym monolicie płomienia można było dostrzec łypiące ślepia. A w nich obłęd. Obłęd... i obietnicę pożogi.
Wpatrując się dłużej w płową czuprynę na jego głowie, można by przysiąc, że ta jaśnieje z każdą sekundą. Nie łatwiej było określić kolor jego oczu. Barwa tęczówek oscylowała gdzieś pomiędzy błękitem a zimną szarością, niekiedy jednak, przez obraz przemykał zdradliwy odcień malachitu. Chłopiec miał jedno z tych spojrzeń, które czuć było pod skórą. Dawało ono wrażenie niemalże całkowitego obnażenia, z jedyną częścią garderoby utkaną z najskrytszych tajemnic. Ubrany był w jasnokremową piżamę, nakropioną czerwonymi i niebieskimi dinozaurami. Rękawy z pojedynczymi rozdarciami opadały na dziecięce dłonie pokryte szramami i ropiejącymi skaleczeniami. Kurz i sadza zasłaniały piegi na jego policzkach i nasadzie nosa.
Chłopczyk uśmiechnął się lekko, ukazując kilka brakujących zębów, po czym wdrapał się po prowizorycznie wykonanej drabince, do domku na drzewie. Bujna korona majestatycznego klonu z dumą i poświęceniem dawała oparcie pospiesznie skleconej konstrukcji. Było to jedyne miejsce, w którym choć był sam, nigdy nie czuł się samotny. Butny malec zbliżył się do masywnej, żeliwnej armaty stojącej na środku. Swą małą rączką delikatnie pogłaskał jej zgrabny korpus, od grona aż po wylot. Lufa wystawała przez specjalnie przygotowany otwór w jednej ze ścian. Chłopiec przecisnął głowę między zimnym metalem i nadłamaną deską. Wpatrywał się w gęstwinę drzew, wytężając bacznie wzrok. Potężne pnie rozsunęły się na boki, tak, jakby ich korzenie płynęły w glebie niczym w basenie. Rozstępujące się, pełne zielonych liści konary objawiły ceglany mur. Uśmiech znów przebiegł przez umorusaną buzię. Chłopiec cofnął głowę, ponownie chowając się do swojego drzewnego domu. Schyliwszy się, podniósł z ziemi okutą skrzynię. Po kolei wyjmował z niej brązowe kule, które następnie starannie wypełniał atramentem. Nie znał i nigdy nie używał żadnej, innej amunicji.
Owinięta w tłustą szmatę kula leżała wygodnie na poduszce z prochu. Jedna rączka malca powędrowała na panewkę, druga zaś, starała się wymacać w kieszeni piżamy paczkę zapałek. Kiedy w końcu ją znalazł, chłopczyk rozsunął opakowanie i ponownie spojrzał w kierunku ceglanej ściany. Wtedy jego oczy zaszły sztormem. Wzburzone morze szalało po tęczówkach, objawiając skrywaną za nimi historię. Stał w bezruchu, obecny jakby tylko ciałem. Gotów za wszelką cenę zrównać mur z ziemią. Mur, którego istnienia nie był do końca pewien. Kierowany zaciekłym buntem, którego powód był dla niego niejasny. Przygotowany, aby stoczyć wojnę dla możliwości spaceru po desce w świat, którego nie znał. Świat, na który nie był przygotowany. Burza w jego oczach rozpętała się na dobre. Wiedział, co musi zrobić, tak, jak gdyby to już się kiedyś wydarzyło. Przeciągnął ze zgrzytem siarczaną głowę po drasce. I ujrzał swe odbicie w płomieniu.
- Czemu?
- Jakoś tak anemicznie dzisiaj. Nie mam żadnej satysfakcji z tej słownej przepychanki.
- Zbieram siły na ostateczne starcie.
- Za wysoko lecisz - zmysły tracisz.
- I o to chodzi, stary. Cztery wymiary.
- Ha ha, szacun.
Zgrzyt siarczanej głowy na drasce. Iskry, pędzone pierwotnym instynktem, rozbiegły się w popłochu. W panice, prowadzącej do bratobójczej walki o przetrwanie. Syk rozrywający serce ciszy. Woń spalenizny uniosła się w powietrzu, wraz z malutkimi wstążkami dymu, które zaplotły się w zanikający powoli warkocz. Taniec błędnego ognika na drewnianym torsie. W podrygującym monolicie płomienia można było dostrzec łypiące ślepia. A w nich obłęd. Obłęd... i obietnicę pożogi.
Wpatrując się dłużej w płową czuprynę na jego głowie, można by przysiąc, że ta jaśnieje z każdą sekundą. Nie łatwiej było określić kolor jego oczu. Barwa tęczówek oscylowała gdzieś pomiędzy błękitem a zimną szarością, niekiedy jednak, przez obraz przemykał zdradliwy odcień malachitu. Chłopiec miał jedno z tych spojrzeń, które czuć było pod skórą. Dawało ono wrażenie niemalże całkowitego obnażenia, z jedyną częścią garderoby utkaną z najskrytszych tajemnic. Ubrany był w jasnokremową piżamę, nakropioną czerwonymi i niebieskimi dinozaurami. Rękawy z pojedynczymi rozdarciami opadały na dziecięce dłonie pokryte szramami i ropiejącymi skaleczeniami. Kurz i sadza zasłaniały piegi na jego policzkach i nasadzie nosa.
Chłopczyk uśmiechnął się lekko, ukazując kilka brakujących zębów, po czym wdrapał się po prowizorycznie wykonanej drabince, do domku na drzewie. Bujna korona majestatycznego klonu z dumą i poświęceniem dawała oparcie pospiesznie skleconej konstrukcji. Było to jedyne miejsce, w którym choć był sam, nigdy nie czuł się samotny. Butny malec zbliżył się do masywnej, żeliwnej armaty stojącej na środku. Swą małą rączką delikatnie pogłaskał jej zgrabny korpus, od grona aż po wylot. Lufa wystawała przez specjalnie przygotowany otwór w jednej ze ścian. Chłopiec przecisnął głowę między zimnym metalem i nadłamaną deską. Wpatrywał się w gęstwinę drzew, wytężając bacznie wzrok. Potężne pnie rozsunęły się na boki, tak, jakby ich korzenie płynęły w glebie niczym w basenie. Rozstępujące się, pełne zielonych liści konary objawiły ceglany mur. Uśmiech znów przebiegł przez umorusaną buzię. Chłopiec cofnął głowę, ponownie chowając się do swojego drzewnego domu. Schyliwszy się, podniósł z ziemi okutą skrzynię. Po kolei wyjmował z niej brązowe kule, które następnie starannie wypełniał atramentem. Nie znał i nigdy nie używał żadnej, innej amunicji.
Owinięta w tłustą szmatę kula leżała wygodnie na poduszce z prochu. Jedna rączka malca powędrowała na panewkę, druga zaś, starała się wymacać w kieszeni piżamy paczkę zapałek. Kiedy w końcu ją znalazł, chłopczyk rozsunął opakowanie i ponownie spojrzał w kierunku ceglanej ściany. Wtedy jego oczy zaszły sztormem. Wzburzone morze szalało po tęczówkach, objawiając skrywaną za nimi historię. Stał w bezruchu, obecny jakby tylko ciałem. Gotów za wszelką cenę zrównać mur z ziemią. Mur, którego istnienia nie był do końca pewien. Kierowany zaciekłym buntem, którego powód był dla niego niejasny. Przygotowany, aby stoczyć wojnę dla możliwości spaceru po desce w świat, którego nie znał. Świat, na który nie był przygotowany. Burza w jego oczach rozpętała się na dobre. Wiedział, co musi zrobić, tak, jak gdyby to już się kiedyś wydarzyło. Przeciągnął ze zgrzytem siarczaną głowę po drasce. I ujrzał swe odbicie w płomieniu.
Tagi:
armata,
chłopiec,
dzieciństwo,
mapecie opowieści,
mapet,
mapetowo,
mur,
ogień,
opowiadanie,
piżama w dinozaury,
uwędziwszy,
w kulach atrament
wtorek, 29 stycznia 2013
Ty na prostej, a ja na skręcie
- A co? Znowu oglądasz filmy z tamtej strony?
- Ta, w tym momencie jakiś dziadek wchodzi po schodach. Nagi. I nie ma nogi.
- Klasyk. Jak jest na golasa, to znaczy, że jest sztuka.
- No, raczej. To już jest standard, stałym elementem tych kretyństw jest nagość.
- Bo jakby nie był goły, to byłby to po prostu film o typie na schodach, a tak to jest głębokie.
- O, nie! Teraz się kładzie obok jakiegoś drugiego zioma. Kurwa, co on mu robi?!
- Nie! Nie mów mi! Ja pierdolę, to są jakieś gołe dziady bez kończyn. Nie chcę wiedzieć co oni robią.
Drżącymi rękoma poprawiał kamerę. Kadr, który tak sumiennie ustawiał godzinami, nareszcie był perfekcyjny. Światło doskonale nierówne. Dźwięk idealnie zniekształcony przez wiatr. Jakość nagrywania zmieniona na niską. Mrugające, czerwone świecidełko świeci i mruga. Wszystko gotowe. Teraz wystarczyło tylko czekać, aż jego młodszy brat-asystent przyprowadzi ze studia, omijając kosiarkę i grabie, aktora na plan. Przestrzeń studyjna wydzielona w garażu dumnie spełniała wszystkie swoje role, zarówno podczas charakteryzacji jak i kompozycji ścieżki dźwiękowej. Reżyser-scenarzysta-dźwiękowiec-oświetleniowiec-operator-ochroniarz-parkingowy-fluffer z rozmarzeniem wspominał dni spędzone tam, na pieczołowitym łączeniu brzmień dwóch klawiszów swojego keyboardu z dźwiękiem gniecionych, kreszowych spodni.
Główna gwiazda produkcji dziarskim krokiem wkroczyła na plan. Jego hebanowe owłosienie i mądre oczy wskazywały, że nie ma się do czynienia z byle kim. Był to naprawdę wspaniały okaz labradora. Zająwszy miejsce, psychiczne przygotowywał się do sceny. Wymienił porozumiewawcze spojrzenie z reżyserem-producentem-tokarzem, którego uważał nie tylko za mentora i twórczą inspirację, jak również za worek mięsa, który wsypuje mu chrupki do miski. Kiedy uporał się już z wygnaniem myśli o chrupkach ze swojego umęczonego umysłu artysty, spojrzał w kierunku ogródka. Nie wiedział czemu, ale widok tej cudownie szarej trawy, w akompaniamencie prześlicznie szarych tulipanów, na tle przejrzystego, szarego nieba z połyskującym, szarym słońcem, zawsze działał na niego kojąco. Był już gotowy. Czas rozpocząć magię. Akcja!
Kiedy ostatni człowiek na ziemi, na sekundy przed swoją bolesną śmiercią, odkrył w końcu, co doprowadziło do zagłady świata jaki znał, wskazał właśnie ten moment. Na dźwięk klapsa, któremu towarzyszył donośny gwizd, razem ze zgrabnie wirującym w ręku asystenta chrupkiem, aktor rozpoczął swój pokaz. Wszystkie cztery łapy, z gracją równą balerinie, wkroczyły wprost w środek kadru. Cała, dwuosobowa, ekipa zamilkła. Utalentowany labrador naprężył wszystkie swoje mięśnie. Pozwolił, aby przygotowany reflektor, niedokładnie oświetlił każde jego ścięgno, a powstały cień umiejscowił się w najbardziej krytycznym punkcie. Wschodząca gwiazda kina, z niebywałym kunsztem, poczęła lekko warczeć, tak aby dźwięk ten, wraz ze wszelkimi zakłóceniami z okolicy, dotarł do membrany. Maszyna ruszyła, a czas jakby zastygł. Sekundy zdawały się godzinami, kiedy wszyscy na planie wpatrywali się w ten cudowny akt twórczości. Magia, piękno i głębia biły od natchnionego aktora. Scena, która miała zmienić świat. Scena, która otwierała umysły i zakrzywiała światopoglądy. To wszystko działo się na ich oczach. Napięcie narosło już do niebotycznych wartości, czas nie był w stanie już dłużej ustać w miejscu. Ostatni skurcz mięśni i... Czworonóg, wręcz fenomenalnie i nawet wzruszająco, zesrał się na chodnik.
Błysk w oku reżysera-lektora-baristy-krematora mówił wszystko. Jego perełka nareszcie była gotowa. Już dosłownie minuty, potrzebne na skomplikowany proces montażu, dzieliły go od wydania swojego dziecięcia na świat. Jeszcze kilka lat temu nikt, łącznie z nim samym, nie podejrzewał, że wywróci świat do góry nogami. Przez głowę przewinęły mu się obrazy wszystkich, którzy w niego wątpili. Trudno w to uwierzyć, ale niektórzy nawet nazywali go szalonym, inni po prostu nieudacznikiem i prawiczkiem. Ha! I kto teraz jest nieudacznikiem? Uśmiechnął się do siebie w duszy i chwytając za kamerę pognał między półki z kluczami nasadowymi i wiertłami. W głowie wciąż bębniła mu tryumfalna myśl: "Sztuka, dziwki!".
- Ta, w tym momencie jakiś dziadek wchodzi po schodach. Nagi. I nie ma nogi.
- Klasyk. Jak jest na golasa, to znaczy, że jest sztuka.
- No, raczej. To już jest standard, stałym elementem tych kretyństw jest nagość.
- Bo jakby nie był goły, to byłby to po prostu film o typie na schodach, a tak to jest głębokie.
- O, nie! Teraz się kładzie obok jakiegoś drugiego zioma. Kurwa, co on mu robi?!
- Nie! Nie mów mi! Ja pierdolę, to są jakieś gołe dziady bez kończyn. Nie chcę wiedzieć co oni robią.
Drżącymi rękoma poprawiał kamerę. Kadr, który tak sumiennie ustawiał godzinami, nareszcie był perfekcyjny. Światło doskonale nierówne. Dźwięk idealnie zniekształcony przez wiatr. Jakość nagrywania zmieniona na niską. Mrugające, czerwone świecidełko świeci i mruga. Wszystko gotowe. Teraz wystarczyło tylko czekać, aż jego młodszy brat-asystent przyprowadzi ze studia, omijając kosiarkę i grabie, aktora na plan. Przestrzeń studyjna wydzielona w garażu dumnie spełniała wszystkie swoje role, zarówno podczas charakteryzacji jak i kompozycji ścieżki dźwiękowej. Reżyser-scenarzysta-dźwiękowiec-oświetleniowiec-operator-ochroniarz-parkingowy-fluffer z rozmarzeniem wspominał dni spędzone tam, na pieczołowitym łączeniu brzmień dwóch klawiszów swojego keyboardu z dźwiękiem gniecionych, kreszowych spodni.
Główna gwiazda produkcji dziarskim krokiem wkroczyła na plan. Jego hebanowe owłosienie i mądre oczy wskazywały, że nie ma się do czynienia z byle kim. Był to naprawdę wspaniały okaz labradora. Zająwszy miejsce, psychiczne przygotowywał się do sceny. Wymienił porozumiewawcze spojrzenie z reżyserem-producentem-tokarzem, którego uważał nie tylko za mentora i twórczą inspirację, jak również za worek mięsa, który wsypuje mu chrupki do miski. Kiedy uporał się już z wygnaniem myśli o chrupkach ze swojego umęczonego umysłu artysty, spojrzał w kierunku ogródka. Nie wiedział czemu, ale widok tej cudownie szarej trawy, w akompaniamencie prześlicznie szarych tulipanów, na tle przejrzystego, szarego nieba z połyskującym, szarym słońcem, zawsze działał na niego kojąco. Był już gotowy. Czas rozpocząć magię. Akcja!
Kiedy ostatni człowiek na ziemi, na sekundy przed swoją bolesną śmiercią, odkrył w końcu, co doprowadziło do zagłady świata jaki znał, wskazał właśnie ten moment. Na dźwięk klapsa, któremu towarzyszył donośny gwizd, razem ze zgrabnie wirującym w ręku asystenta chrupkiem, aktor rozpoczął swój pokaz. Wszystkie cztery łapy, z gracją równą balerinie, wkroczyły wprost w środek kadru. Cała, dwuosobowa, ekipa zamilkła. Utalentowany labrador naprężył wszystkie swoje mięśnie. Pozwolił, aby przygotowany reflektor, niedokładnie oświetlił każde jego ścięgno, a powstały cień umiejscowił się w najbardziej krytycznym punkcie. Wschodząca gwiazda kina, z niebywałym kunsztem, poczęła lekko warczeć, tak aby dźwięk ten, wraz ze wszelkimi zakłóceniami z okolicy, dotarł do membrany. Maszyna ruszyła, a czas jakby zastygł. Sekundy zdawały się godzinami, kiedy wszyscy na planie wpatrywali się w ten cudowny akt twórczości. Magia, piękno i głębia biły od natchnionego aktora. Scena, która miała zmienić świat. Scena, która otwierała umysły i zakrzywiała światopoglądy. To wszystko działo się na ich oczach. Napięcie narosło już do niebotycznych wartości, czas nie był w stanie już dłużej ustać w miejscu. Ostatni skurcz mięśni i... Czworonóg, wręcz fenomenalnie i nawet wzruszająco, zesrał się na chodnik.
Błysk w oku reżysera-lektora-baristy-krematora mówił wszystko. Jego perełka nareszcie była gotowa. Już dosłownie minuty, potrzebne na skomplikowany proces montażu, dzieliły go od wydania swojego dziecięcia na świat. Jeszcze kilka lat temu nikt, łącznie z nim samym, nie podejrzewał, że wywróci świat do góry nogami. Przez głowę przewinęły mu się obrazy wszystkich, którzy w niego wątpili. Trudno w to uwierzyć, ale niektórzy nawet nazywali go szalonym, inni po prostu nieudacznikiem i prawiczkiem. Ha! I kto teraz jest nieudacznikiem? Uśmiechnął się do siebie w duszy i chwytając za kamerę pognał między półki z kluczami nasadowymi i wiertłami. W głowie wciąż bębniła mu tryumfalna myśl: "Sztuka, dziwki!".
Subskrybuj:
Posty (Atom)